Na początek przybliżmy czytelniczkom „Claudii” kim jest Paweł Rochala?

Zawodowo -  jestem oficerem Państwowej Straży Pożarnej w stopniu starszego brygadiera (odpowiednik pułkownika w wojsku), absolwentem Szkoły Głównej Służby Pożarniczej w Warszawie (1993) i podyplomowych studiów administracyjnych na Uniwersytecie Warszawskim (2010). Prywatnie – miłośnikiem historii, zwłaszcza historii wojskowości starożytnej i średniowiecznej, polskiej muzyki ludowej z Mazowsza i muzyki klasycznej oraz literatury, którą osobiście uważa za piękną.

Skąd u strażaka zainteresowanie wojskowością to jeszcze mogę zrozumieć. Ale skąd to wielkie umiłowanie średniowiecza?

Średniowieczem interesuję się odkąd pamiętam. Możliwe, że dużą rolę odegrały tu filmy, które jako dziecko mogłem zobaczyć, np. atrakcyjne seriale o rycerzu Ivanhoe czy Robin Hoodzie, nadawane co tydzień w audycji Ekran z Bratkiem, Krzyżacy oraz Iwan Groźny. Zbroje, miecze, stroje – to wszystko działało. W dodatku mój starszy o pięć lat kuzyn dysponował wielką armią plastikowych żołnierzyków. Z wszystkich czasów, jakie próbował ze mną rozgrywać na polu bitwy, najbardziej od zawsze podobały mi się realia średniowieczne. Piesi indianie w roli tarczowników polańskich – to było coś, co na pewno wzmagało wyobraźnię.

Kto otworzył Pana na historię? Sprawił, że oczarowało Pana średniowiecze?

Otwarcie nastąpiło, gdy byłem w stanie czytać samodzielnie książki. Pierwszą była lektura dla klas III szkół podstawowych, którą przeczytałem, dumny z siebie, będąc uczniem klasy I. Książka nosiła tytuł „Przyjaciele”, a prześlicznie napisała ją Czesława Niemyska-Rączaszkowa. Perypetie rozgrywały się w 1109 r., w czasie pamiętnego oblężenia Głogowa (tu ukłony do jednego z celebrytów). A potem był Karol Bunsch, którego książkę „Zdobycie Kołobrzegu” mieliśmy w domu, pięknie zilustrowaną – tak się złożyło, ze opisującą te same czasy, a już identyczne – co dla mnie było przeżyciem z biciem serca – kontynuacja, „Zdobycia Kołobrzegu”, mianowicie „Psie pole” (znów ukłony). Można powiedzieć, że to właśnie ten świetny pisarz odsłonił przede mną średniowiecze jako epokę ludzi takich jak my, a uczynił to całym Cyklem Piastowskim.

Pierwsza książka o średniowieczu, którą Pan przeczytał? A która jest tą ulubioną?

Karol Bunsch na tyle sugestywnie przedstawiał różne wydarzenia, że postanowiłem je zgłębić. Jako dzieciak z podstawówki wypożyczałem i kupowałem wszystko, co miało w tytule „średniowiecze”. Szczęśliwie się złożyło, że nie brakło wówczas (i niewiele wcześniej) autorów, łączących pasję, zawód i talent popularyzatorski. Andrzej Nadolski, Jerzy Głosik, Jerzy Gąssowski, Witold Strzelczyk, Władysław Filipowiak, Aleksander Gieysztor – oni z radością dzielili się wiedzą, a wiedzę łączyli z pasją. W szkole średniej przeszedłem na poważniejsze opracowania Gerarda Labudy i Henryka Łowmiańskiego, cały czas obracając się w kręgu wczesnego średniowiecza ziem polskich i Słowiańszczyzny Zachodniej. Ale z pewnością w pytaniu nie chodzi o książki naukowe, lecz beletrystykę.Któregoś dnia, okoliczności nie pamiętam, ale w wieku późnonastoletnim, przypomniałem sobie o oglądanym w wieku ok. 12 lat filmie, którego wówczas nie rozumiałem, ale wstrząs, jaki we mnie wywołał, trwał. Zapamiętałem jego tytuł: „Tylko Beatrycze”. W związku z tym dowiedziałem się, kim była Beatrycze. Naturalną konsekwencją było przeczytanie „Boskiej komedii” Dantego, ale czułem niedosyt patriotyczny: gdzie Włochy, a gdzie Polska? Zapytałem w bibliotece nie o samą Beatrycze, ale o „Tylko Beatrycze”. Okazało się, że jest książka nosząca taki tytuł, a napisał ją Teodor Parnicki. No i przepadłem. To jest arcydzieło. Tak się złożyło, a u Parnickiego nie ma przypadków, że słowa „tylko Beatrycze” pochodzą z wiersza Lechonia „spotkanie”, przez co z twórczością tego poety zapoznałem się gruntownie na dwa lata przed maturą. Prawie na równi z „Tylko Beatrycze”, gdzieś tak na poziomie „Srebrnych orłów” Parnickiego stawiam „Imię róży” Umberto Eco.

Paweł Rochala

Po fali popularności książek m.in. Brytyjczyka Kena Folleta, Amerykanki Judith Riley, czy Francuza Maurice Druona, średniowiecze ponownie stało się modne. Bardzo się cieszę, że powstały powieści o polskim średniowieczu np. Pana, Elżbiety Cherezińskiej czy  bardziej faktograficzne - Kamila Janickiego.  Jak Pan sądzi co ludzi przyciąga do wieków średnich?

Myślę, że tajemniczość, barwny strój, spodziewana surowość, a nawet pierwotność ludzi. To są zasadnicze magnesy. Ale też i bajki. Proszę zauważyć, że cała dobra dziecięca literatura do czytania, ubrana jest w realia, przywodzące na myśl średniowiecze. Król, zamek, królewna, księżniczka, rycerz, smok, czarownica. A tak popularne fantasy, a zwłaszcza Tolkieny? Noszą kostium średniowieczny i wzorowany na wyobrażeniach o średniowieczu kod zachowań bohaterów z różnych środowisk. Poza tym średniowiecze zostawiło po sobie mało materiałów źródłowych, zostawiając sporo miejsca na wyobraźnię. Jednocześnie wszystko wydaje się jasne: król, rycerze, chłopi, mieszczanie, duchowni. To klarowny podział, dający sygnał do podświadomości, że wtedy było prosto żyć, a ze względu na ubożuchną naukę każdy z nas uchodziłby w tamtych czasach za mędrca. Nieprawda. Cieszę się, że polscy pisarze wrócili do średniowiecza, w dodatku z sukcesami. To również dobrze i dla mnie, jako autora.

Pan – sądząc po umieszczeniu akcji „Ballady o czarownicy” i „Baśni średniowiecznej” upodobał sobie XIII wiek. Czas rozbicia dzielnicowego, najazdów tatarskich, ale i przebudowy  i rozbudowy zamków i grodów warownych, czas budowy gotyckich katedr na ziemiach polskich. Co Pana fascynuje w XIII wieku?

„Ballada o czarownicy” jest ostro osadzona w czasie, w połowie XIII wieku. „Baśń średniowieczną” (fabuła jest całkowicie fikcyjna) postarałem się osadzić nieco mniej ostro, w realiach przełomu XIV-XV w., a więc w okolicach Grunwaldu 1410. Ballada to schyłek epoki romańskiej, a Baśń to rozkwit gotyku. Dlatego w jednej jest dużo drewna i kamienia, a w drugiej cegły i drewna, w jednej ludzie bardziej są ukierunkowani na modlitwę, a w drugiej na zabawę. Wybrałem wiek XIII do osadzenia perypetii Wojdy i Anuchy z kilku względów. Wcale przy tym nie dlatego, że ten czas jest mi najbliższy. Od początku planowałem, że akcja będzie się dziać w czasie rozbicia dzielnicowego. Epoka wstydliwa, ze względów historycznych, a więc i wyzwanie historyczno-literackie. Panuje na tym polu szczególna posucha literacka, więc nie musiałbym rozpychać się z konkurencją, a coś nowego mógłbym przekazać czytelnikowi. Kusiło mnie osadzenie akcji w czasach o pokolenie wcześniejszych niż to zrobiłem, mianowicie za panowania Henryka Brodatego na Ślasku i Władysława Odonica o przezwisku Plwacz (od brzydkiego obyczaju ustawicznego spluwania) w Wielkopolsce. Ale napotkałem elektryzujacą notatkę o okolicznościach śmierci w dniu 2 lutego 1260 r. 49 dominikanów w Sandomierzu, zabitych przez Tatarów. Nie chodzi tylko o to, że śpiewali w czasie zdradzieckiego mordu „Salve Regina”, tylko że dzień wcześniej, jak to podaje za źródłami Wiki: lektor czytający wspomnienia świętych na dzień następny wyczytał bezwiednie zdanie: „W Sandomierzu wspomnienie przeora Sadoka i współtowarzyszy dominikanów męczenników”. Mord w Sandomierzu (nie tylko Dominikanów) opisał Karol Bunsch w powieści „Powrotna droga”. A chyba nikt nie opisał powieściowo pierwszego najazdu Tatarów na Polskę – co bardzo mnie zdziwiło. Zawsze chciałem zmierzyć się z bitwą pod Legnicą. Z opisanych wyżej i garści innych jeszcze powodów uznałem, że nie mam wyboru i opiszę wydarzenia wielkie i konsekwencjach dalekosiężnych. I tak, jakieś 10 lat temu, zacząłem planowanie powieści, której tłem byłby koniec świata, jakim go sobie wyobrażali ludzie połowy XIII w.

Jednym z najciekawszych wątków w Pana powieściach są te poświęcone militariom. Odkąd przeczytałam „Balladę o czarownicy” średniowieczna bitwa zawsze będzie mi się kojarzyć z Pana opisem zachowań… ptaków podczas i po  bitwie pod Chmielnikiem w marcu 1241 r. To nie tylko sugestywny obraz, to wstrząsający opis masakry. Aby stworzyć jakie opisy trzeba przewertować tysiące stron,  dotrzeć do wielu źródeł! Ciężko było?

 W książce są opisy kilku bitew. Dla dalszej akcji powieści i dziejów Polski ważny był efekt starcia pod Chmielnikiem, więc należało je odpowiednio ukazać oraz oddać grozę, nawet beznadziejność sytuacji. Pod względem militarnym nie było to dla mnie trudne – studiuję średniowieczne sposoby walki i uzbrojenie od niemal 40 lat. Natomiast oddanie obrazu klęski było wyzwaniem. Zastanawiając się nad tym, chyba w drodze do pracy, przechodziłem obok stada gawronów i kawek, grzebiących w jakiś resztkach jedzenia, rozrzuconych na trawniku. Tym samym znalazłem klucz.

Podobno Pana książkami zainteresował się reżyser  Wojtek Smarzowski, który przymierza się do serialu o Polsce Piastów. Jest szansa na filmową wersję losów Anuchy i Wojda?

Gdyby tak było, to cóż lepszego autor może sobie wymarzyć?

Jedne z najweselszych stron w Pana powieściach  to rozdziały poświęcone siłom pozaziemskim, niematerialnym.  W „Balladzie…” – to diabeł Janusz i anioł Piotr, którzy przybierają ludzkie postaci, by zbliżyć się do bohaterów. W „Baśni…” – bawią nas fantastyczno-komiczni  Boruta i Rokita, czarownice z Łysej Góry czy sceny audiencji u Belzebuba. Starszym czytelnikom skojarzenie z „Igraszkami z diabłem” Jana Drdy nasuwa się pewnie samoistnie. Pisze Pan tak sugestywnie i barwnie, że po powieści sięgnąć młodzi ludzie. Brawo!

Cieszę się, że osiągnięte przeze mnie efekty przyrównuje Pani do najlepszej literatury. To zaszczyt. Wszystkie postaci demoniczne nie wzięły się z niczego. To nasza tradycja, bajki, baśnie. Słowo „ballada” w tytule zobowiązywało, zwłaszcza ballada ludyczna. A takie zawsze miały za bohaterów diabła, którego wodził za nos chłopek-roztropek i anioła-poczciwinę, zaskoczonego obrazami ludzkiego życia.

Jak na Pana zainteresowania reagują koledzy strażacy, sąsiedzi? Czytają, dyskutują z Panem?  

Strażacy są ludźmi bardzo praktycznymi, o profilu technicznym. Czytają moje książki, trochę niedowierzają, że je napisałem, ale bardziej skupiają się na literaturze faktu mojego autorstwa: Cedyni, Niemczy, Lesie Teutoburskim, Najeżdzie Cymbrów i Teutonów, Powstaniu Spartakusa. Powieści czytają ich żony i to one zadają pytania. Śmieję się, że wyhodowałem sobie dwie odrębne grupy czytelników. Gdyby je połączyć, miałbym zawsze zagwarantowany sukces literacki.

A żona i  dzieci – podzielają Pana zainteresowania? Byli pierwszymi czytelnikami „Ballady…”  i „Baśni...”? Jak reagują na pierwszego strażaka -pisarza?

Dla najbliższej rodziny jestem przede wszystkim mężem i ojcem, który, tak zwyczajnie, pisze książki.

I na koniec - Pracuje Pan nad następną powieścią. W jaką podróż tym razem nas Pan zabierze?

Bardzo trudne pytanie. Odpowiedź na nie przyniesie czas.