Niedawno ukazała się jej nowa płyta „Desire” na której śpiewa arie Toski, Madame Butterfly czy Tatiany. Z powodu pandemii, zamiast grać koncerty i spektakle, sopranistka wiosnę i lato spędziła w izolacji, w domu we Francji. Specjalnie dla nas zdjęcia Aleksandry Kurzak w ich ogrodzie zrobił jej mąż, światowej sławy tenor, Roberto Alagna. Rozmawiałyśmy telefonicznie o tym, na jakie próby wystawia ją życie.

Pierwsze wyzwanie jakie rzucił mi los? Miałam 7 lat gdy rodzice zdecydowali, że idę do szkoły muzycznej. Grałam na skrzypcach i uczyłam się sceny, obcowania z publicznością. Byłam wyczekaną jedynaczką, ale rodzice nie rozpieszczali mnie, wychowywali racjonalnie. We Wrocławiu miałam ich przy sobie, wspierali mnie, a mama była też moim nauczycielem głosu. Poważna sprawa to był angaż do Opery w Hamburgu. Wyjeżdżałam tam jako świeżo upieczona 23-letnia mężatka. Już po 2 tygodniach szukałam polskiego prawnika, by z tego zobowiązania się wypisać. Pamiętam zdziwioną minę pani prawnik, gdy tłumaczyłam jej, że nie dam rady, że chcę wrócić do domu. Usłyszałam, że gdyby ona, w tak młodym wieku, dostała taką szansę, nigdy by nie odpuściła. I że zrobi wszystko, by mnie od tej decyzji odwieść. Dobrze się stało. Fakt: zostałam rzucona na głęboką wodę, niby znalazłam język niemiecki ze szkoły, ale to nie to samo, co kontakt z żywym językiem, mieszkanie w obcym mieście, bez bliskich. Zaliczyłam też upadek: moje małżeństwo zaczęło się rozpadać. Związek na odległość i telefon nie funkcjonuje. Kiedy ma się dwadzieścia kilka lat trzeba żyć pod jednym dachem.

W 2004 roku stanęłam na najważniejszej scenie operowej świata – Metropolitan Opera w Nowym Jorku. To był mój pierwszy występ gościnny. Mój tata skwitował to krótko: „co teraz? Księżyc?”. Razem ze mną debiutował na tej scenie 50-letni śpiewak. Wyznał, że całe życie czekał na tę chwilę, „a ty jesteś tutaj w wieku 27 lat!” Ale mylą się ci, którzy uważają, że życie śpiewaka jest usłane różami, że to bezpieczna bańka. To bardzo ciężki kawałek chleba, okupiony często wielką samotnością. Życie na walizkach. Kilka godzin na scenie, a potem powrót do pustego mieszkania. Teraz rzadko który śpiewak zatrzymuje się w hotelu, wynajmujemy mieszkania, bo to daje nam namiastkę domu i spokój. Ktoś mnie niedawno zapytał, jak się odnajduję w kwarantannie, a przecież moje życie od 20 lat to jedna wielka kwarantanna. Ciągle muszę uważać na głos, bo to mój instrument. Na to, czy ktoś kicha lub kaszle w mojej obecności. Odpada chodzenie po restauracjach, zwiedzanie, bo ważne jest, by przed przedstawieniem się wyspać i nie przeziębić. Nawet mała chrypka dyskwalifikuje mnie z występu. Głos muszę mieć jak kryształ.

Mam szczęście, śpiewam w najlepszych salach operowych świata. MET, londyńskaCovent Garden, La Scala w Mediolanie, Opera monachijska czy wiedeńska. I nigdy tzw. woda sodowa nie uderzyła mi do głowy. Ale to zasługa moich predyspozycji i charakteru, który odziedziczyłam po tacie. Widzę czasami osoby, które zachłystują się sukcesem i szybko kończą karierę. A ja po 20 latach pracy na scenie podchodzę do mojego zawodu spokojnie. Po prostu znam swoją wartość. I umiejętności. Dlatego nie przyjmuję się hejtem, który pojawia się także w tej branży. Choć słyszałam, że się kończę, nie mam talentu, np. po narodzinach córki, kiedy zaczęłam zmieniać repertuar czy ostatnio gdy nagrywałam nową płytę „Desire”.

Zawsze ważna była i jest dla mnie rodzina. Wiedziałam, że przyjdzie moment, gdy będę chciała mieć dziecko. Znam śpiewaczki, które z tego zrezygnowały obawiając się, że może to negatywnie wpłynąć na ich głos albo stracą figurę. To bzdury. Zmieniamy się ciągle, więc głos i ciało także podlega tym prawom. Na maturze pisałam pracę „Życie artysty – posłannictwo czy przekleństwo”. Zakończyłam cytatem: „Gwiazda świeci światłem pozornym”. Coś w tym jest. My potrzebujemy sceny, bez niej nie istniejemy. I publiczności, by przez pryzmat jej zachwytu odbić światło.

Spotkanie Roberto, mojego męża to też było wyzwanie. Gdy po 10 dniach wspólnej pracy na scenie, zapytał czy zostanę jego żoną, pomyślałam: oszalał, trzeba uciekać! Ale gdy ochłonęłam pomyślałam, że przeszłam w życiu wiele, byłam już żoną, kochanką, ale nie matką. Nie mam nic do stracenia. I od razu wyłożyłam karty na stół: nie interesują mnie randki, marzę o normalności, wręcz o rutynie i chcę urodzić dziecko. Ale czy to dobra decyzja nie wiedziałam, bo jak można to wiedzieć, gdy zna się człowieka kilka dni! Roberto wiedział, że chce spędzić ze mną resztę życia, gdy zobaczył mój portfel. Nie chodziło o jego grubość, ale o porządek. Bo rzeczywiście, w naszym małżeństwie to ja jestem osobą twardo stąpającą po ziemi, zarządzam, płacę rachunki i podatki, zajmuję się remontami i logistyką. Mój mąż ma artystyczną duszę.

Recepta na udany związek? Nie wiem, czy istnieje. To co się między nami wydarzyło, było kompletnym wariactwem, coś co nie powinno się udać. Gdy poznaliśmy się w 2012 roku Roberto zbliżał się do 50-tki, mnie niewiele brakowało do 40-tki. Nie goniliśmy już za odlotami w życiu. Bardziej niż na piękne buzie patrzyliśmy na nasze charaktery. Dodatkowym łącznikiem był nasz zawód i pasja. Pewnie gdybyśmy byli młodsi, na początku kariery, mogłaby pojawić się zazdrość. Każde ciągnęłoby w swoją stronę. Ale my byliśmy dojrzałymi ludźmi. Wiedziałam, że wiążę się z takim Michaelem Jacksonem opery! Bo Roberto jest obecnie jedynym tenorem, czynnym zawodowo tak długo, na scenie od 37 lat! I ciągle na topie topów. Non stop na świeczniku. Cień rywalizacji? Nie, to byłoby głupie. Nie zazdrościmy sobie, każde z nas ma swoją karierę, ale cieszymy się naszymi sukcesami, ale i tym, że występujemy razem. Może to jest sekretem naszego związku? Nie rozstajemy się na długo, większość kontraktów dostajemy z tych samych teatrów. Publiczność czuje, że między nami jest chemia. Kocha nas słuchać i oglądać razem. A i dyrektorzy teatrów operowych chcą nas razem widzieć na scenie.

Gdy poznałam Roberto, byłam gotowa na macierzyństwo. Chciałam urodzić dziecko, nawet gdybym miała zostać samotną matką. Wiem, wiem – dziecko potrzebuje obojga rodziców, ale w życiu różnie się układa. Nie bałam się tej decyzji. Teraz Malena ma 6 lat i jest rezolutną, mądrą dziewczynką. Myślę, że to ona jest prawdziwym wyzwaniem. Ale gdy się urodziła nie było łatwo. Pierwsze tygodnie nie były różowe. Miałam chyba baby bluesa. Ja, która ciągle żyłam w ruchu, na walizkach, nagle zostałam uziemiona. Chociaż Malenka była złotym dzieckiem, które NIGDY nie płakało to i tak miałam wrażenie, że nie mam nawet spokojnych 5 minut na prysznic. Roberto przyjechał do Warszawy na poród, ale zaraz musiał wrócić na przedstawienia do Paryża. Zostałam sama z myślami jak sobie poradzimy i jak ja to wszystko pogodzę ze sceną. Przez pierwszy rok życia Maleny bardzo pomagali nam moi rodzice. Gdy córka miała 10 miesięcy musiałam wyjechać do Nowego Jorku na spektakle w MET, Roberto był w Madrycie. Malenka została na miesiąc z moimi rodzicami. Po powrocie mała bardziej tuliła się do babci niż do mnie i przyrzekłam sobie, że to był pierwszy i ostatni raz! A potem, zupełnie przez przypadek, poznaliśmy naszą Arletkę, która przez 4 laty wszędzie z nami jeździła. Od niedawna jest z nami pani Ela. Wiele spraw w naszym życiu układa się przypadkiem. I odpukać – dobrze się układa. Pojawienie się dziecka było też dużym wyzwaniem dla naszej relacji. Niewyspana, zmęczona, odsunęłam Roberto trochę na dalszy plan, jak to często w takich sytuacjach bywa. Ale Roberto był wyrozumiały i czuły. To mężczyzna pozbawiany pierwiastka egoizmu. Teraz czeka nas kolejna próba: Malena zaczyna naukę. Zachodzę w głowę jak to sensownie zorganizować. Poznała co to przedszkole. Chodziła trochę np. w Paryżu czy w Nowym Jorku. Zdecydowaliśmy się jednak na szkołę przez internet. W naszym środowisku to popularna forma, a i pandemia przetestowała ten sposób nauczania. Liczy się też zdanie córki, która powtarza, że chce być zawsze z nami. Jesteśmy zresztą już zaprawieni w życiu na walizkach.

Ważnym wyzwaniem zawodowym był kryzys jaki przeżyłam po moim rozwodzie. Miałam wrażenie, że świat mi się wtedy zawalił. Pamiętam, że po jednym z moich przedstawień we Francji mój mentor Peter Katona powiedział do mojego ówczesnego managera, że to nie jest ta dawna Aleksandra. Nie wiedziałam o co chodzi, wszystko poszło bardzo dobrze podczas spektaklu, ale może zabrakło wewnętrznej iskry? W moim zawodzie ważne jest, by na scenę wychodził człowiek szczęśliwy, gdy jest inaczej – scena to obnaża, osobiste sprawy odbijają się na głosie. On jest zwierciadłem duszy, tutaj niczego nie da się oszukać. Ponadto mój głos zaczął się zmieniać, odmówiłam kilka podpisanych kontraktów i to wystarczyło, żeby w świat poszła plotka – Kurzak ma problemy, to już nie ta sama śpiewaczka. Pamiętam spektakl w Hamburgu, na którym pojawili się przedstawiciele innych teatrów operowych oraz mój obecny manager Gianluca Macheda. Ciężkie doświadczenie – śpiewałam pod ogromną presją, ale po przedstawieniu wszyscy zaproponowali mi współpracę.

To fakt, że głos śpiewaka zmienia się, dojrzewa. Tak stało się po narodzeniu Maleny. Poczułam, że mogę przejść z lżejszego repertuaru do dramatyczniejszego, stąd na mojej nowej płycie „Desire” pojawiły się arie Toski, Madame Butterfly czy Tatiany. To inne śpiewanie też jest dla mnie wyzwaniem. Publiczność, krytycy, dyrektorzy teatrów lubią nas śpiewaków szufladkować. I trudno jest udowodnić, że głos dojrzał do innego repertuaru. Ileż przy tej okazji naczytałam się na różnego rodzaju blogach, że to będzie katastrofa, że Kurzak się skończy, zniszczy głos i nie wróci na scenę. Na szczęście nauczyłam się kompletnie tym nie przejmować. Często powtarzam sobie, że w tym zawodzie trzeba mieć duszę motyla i skórę nosorożca.

Po co życie wystawia nas na próby? Sama nie wiem. Może byśmy wyciągali wnioski, nie popełniali tych samych błędów. Chociaż czy to robimy zależy raczej od charakteru i natury człowieka, bo z tym – moim zdaniem - się nie wygra. A może te wyzwania są po to, by nasze życie było ciekawsze, pełniejsze? Bo ono nigdy nie jest tylko dobre albo tylko złe. Ja tych wyzwań się nie boję. Wręcz ich potrzebuję jak powietrza. Chyba bym oszalała, gdybym miała w życiu ciągłą sielankę. W małżeństwie także bywają dni słoneczne i burzowe. Uwielbiam zmiany, odkrywanie nowych rzeczy. Gdybym nie została śpiewaczką operową, chciałabym być taką Dorotą Szelągowską. Remonty, burzenie i budowanie na nowo, a potem urządzenie domów – to uwielbiam.