mat. prasowe

Podobno od dzieciństwa skazana była Pani na pisanie. Pisarkami były przecież obie Pani babcie…

Nie ujęłabym tego w ten sposób – w końcu mój brat i siostra wykonują zupełnie zwyczajne zawody. Ale rzeczywiście – moje babcie były odnoszącymi sukcesy powieściopisarkami, przez pewien czas ich zajęcie było nawet podstawą utrzymania ich rodzin. Mój ojciec był z kolei historykiem. Główną korzyścią posiadania osób piszących w rodzinie było to, że nikt z dorosłych nie kwestionował mojego wyboru, gdy sama postanowiłam zostać pisarką. Moja babcia Margaret Kennedy była autorką wspaniałych literackich powieści; najbardziej znana z nich, zatytułowana „The Constant Nymph”, była bardzo ceniona przez bohemę lat 30. XX wieku. Moja druga babcia, przybierająca różne pseudonimy, pisała poczytne romanse. Niestety, jej mąż, który po tym jak stracił pracę, był całkowicie zależny od zarobków babci, zawsze ze sporą dozą pogardy określał pisane przez nią książki mianem „powieści dla gospodyń domowych”, tak więc praca literacka babci nigdy nie została doceniona tak, jak na to zasługiwała.

Zaczynała Pani w dzienniku „The Independent”. Co przyszłej pisarce dała praca w gazecie codziennej?

Och, dziennikarstwo było doskonałym treningiem. Poza tym, że zmusiło mnie do wyjścia poza strefę komfortu i sprawiło, że zainteresowałam się ludźmi i tematami, z którymi w innym przypadku z pewnością nawet bym się nie zetknęła, sprawiło też, że zaczęłam mniej nabożnie podchodzić do wszystkiego, co wychodzi spod mojego pióra. Wielu ludzi zaczynających zabawę z dziennikarstwem podziela przekonanie, że każdego użytego słowa trzeba strzec z gorliwością wilczycy stojącej na straży swojego potomstwa; jakiekolwiek zmiany budzą ich gniew i niepokój. Tymczasem, jeśli chcesz, naprawdę chcesz, zrobić karierę w tym zawodzie, musisz z tym skończyć   ̶  zacisnąć zęby, nauczyć się nie traktować słów krytyki jako osobistego ataku, a uwagi redaktorów przyjmować z wdzięcznością. Moja redaktorka mówi, że właśnie z tego powodu uwielbia pracować z byłymi dziennikarzami. Po raz kolejny też przekonałam się, jak ważne jest to, czego uczył mnie już mój ojciec – czyli przejrzystość tekstu. Ta zasada nie dotyczy chyba jedynie fizyków teoretycznych i matematyków, ale choćbyś był twórcą, nie wiem jak błyskotliwych idei, a nie potrafił wyłożyć ich tak, by były zrozumiałe dla wszystkich, to te twoje najlepsze na świecie pomysły są w zasadzie całkiem bezwartościowe.

Pierwsze powieści pisała Pani pod prawdziwym nazwiskiem Serena Mackesy. Dziś – pisząca Irlandka – posługuje się angielskim pseudonimem Alex Marwood. Skąd pomysł na zmianę i właśnie taki pseudonim?

Moje prawdziwe imię, Serena, jest naprawdę bardzo, bardzo kobiece (z kolei nazwisko trudne do wymówienia). Obawiam się, że nawet w dwudziestym pierwszym wieku obie te rzeczy są przeciwko tobie, determinując z góry marketingowy wizerunek. Moje wczesne powieści były nieco mniej mroczne niż te, które piszę teraz, mimo wszystko jednak raczej pesymistyczne i ponure, czego nie dało się wywnioskować z ich okładek. Niestety, kiedy już zostaniesz zaszufladkowana jako autorka pewnego rodzaju książek, niezwykle trudno pozbyć się tej etykietki. Kiedy więc zdecydowałam się przejść definitywnie na ciemną stronę, zmiana imienia była nieunikniona. Alex to ładne imię, prawie zupełnie nienacechowane płciowo, a nazwisko Marwood, które nosiła moja prababka, jest łatwe do wymówienia, a ponadto żadne z nich nie kształtuje odgórnie oczekiwań moich czytelników. Tak naprawdę nie jestem wcale stuprocentową Irlandką. Nazwisko mam, co prawda, irlandzkie, ale jak większość Brytyjczyków jestem mieszańcem – przypuszczam, że w 3/8 jestem Irlandką (zarówno ze strony matki, jak i ojca), ale też Szkotką, Walijką, Angielką i odrobinę Żydówką. Kilka lat temu brałam udział w festiwalu literackim w Szwecji. Oglądając później moje grupowe zdjęcie ze Skandynawami, zdałam sobie sprawę, że niektórzy z moich przodków mogli mieć styczność z Wikingami. Szczerze mówiąc, poczułam, jakbyśmy wszyscy byli jedną wielką rodziną!

Pierwszy thriller, „Dziewczyny, które zabiły Chloe”, odniósł sukces, a na Panią spadł deszcz nagród branżowych. Pamięta Pani jakie to uczucie?

Ach, te sprzeczności ludzkiej natury! Po latach zmagań, które poprzedziły pierwszy sukces, zamiast się nim rozkoszować, wpadłam w panikę. Jestem z natury introwertyczką, więc gdy oczy wszystkich nagle zwróciły się na mnie, poczułam przerażenie. Ataki paniki stały się tak silne, że musiałam zacząć brać leki. Lekarz, który się mną wtedy zajął, mówił, że to dość częste u twórców, w których karierze nastąpił nagły przełom. Najwyraźniej stres i euforia wywołują w organizmie dokładnie tę samą reakcję chemiczną, więc gdy przywykłeś do tego, że wciąż zmagasz się z rzeczywistością i nagle znajdujesz się w zupełnie nowej sytuacji, twój mózg może mieć kłopot z rozróżnieniem tych dwóch skrajnie różnych doznań. Teraz jest już znacznie lepiej, choć wciąż dość regularnie zażywam beta-blokery.

W Pani powieściach punktem wyjścia jest autentyczne wydarzenie, często z pierwszych stron gazet. Chyba życie z czasów prasowej reporterki nie daje o sobie zapomnieć, prawda?

Mówi się, że kto raz został dziennikarzem, zawsze już nim będzie i to jest z całą pewnością prawda. Nie pracowałam jako dziennikarka newsowa. Spod mojego pióra wychodziły artykuły i felietony, recenzje telewizyjne i filmowe, pisałam sporo na tematy związane ze zdrowiem. Regularnie redagowałam małą kolumnę poświęconą londyńskim barom! Ale tak – dziennikarze są z natury pleciugami, a to, co dzieje się w prawdziwym świecie, jest często znacznie bardziej brutalne i przerażające niż to, co jakikolwiek powieściopisarz jest w stanie wykreować. Być może właśnie dlatego w moich książkach często luźno nawiązuję do prawdziwych wydarzeń – tak strasznych, że wydają się nieprawdopodobne, a jednak miały miejsce, zdarzyły się naprawdę i były czymś znacznie gorszym niż najbardziej wymyślna fikcja, jaką mogłabym stworzyć.

Wracając do tematów z Pani książek. Podobno do napisania „Zabójcy z sąsiedztwa” zainspirował Panią sąsiad i jego problemy z zatkanym zlewem?!

Ha, ha – ależ tak! To przemiły człowiek, który mieszka piętro niżej. Moja mała enklawa w południowej części Londynu jest dosyć zatłoczona, ale na całe szczęście w tej chwili świetnie się dogaduję ze wszystkimi moimi sąsiadami. Jedna z sąsiadek dba o moją fryzurę, a z kolei ktoś inny pomalował mi balkon, gdy nie było mnie w domu. Tak czy inaczej, właśnie staliśmy nad zatkaną rurą ściekową, gdy hydraulik powiedział, że odpływ zablokował tłuszcz, wtedy nagle przypomniałam sobie historię Dennisa Nilsena – jednego z najbardziej krwawych seryjnych zabójców grasujących po Londynie. W kamienicy czynszowej, w której dzielił mieszkanie ze współlokatorami, zamordował czternastu młodych mężczyzn, ćwiartował ich zwłoki, następnie je gotował i spuszczał w toalecie. Ludzkie ciało, nawet w przypadku szczupłych osób, zawiera sporo tłuszczu, w końcu więc schwytano go, gdy zatkały się rury i specjaliści od usterek kanalizacyjnych nabrali uzasadnionych podejrzeń. Jak pewnie większość londyńczyków, zawsze zastanawiałam się nad tym, jak to możliwe, że robił coś takiego w domu pełnym ludzi i absolutnie nikt nic nie zauważył. Ciekawiło mnie, kim byli ci ludzie i to właśnie oni stali się punktem wyjścia do napisania książki „Zabójca z sąsiedztwa”.Ubiegłego lata wreszcie zdecydowałam się wręczyć egzemplarz powieści Cliffowi. Kilka tygodni później, gdy wróciłam z zakupów, znalazłam go w ogródku, bez koszulki, karczującego chaszcze olbrzymią maczetą. „O, kurczę! Czy to jest maczeta?” – spytałam. „Tak” – odparł. „Przywiozłem ją z Ghany (stamtąd pochodzi mój sąsiad). I zawsze wiedziałem, że w końcu się przyda” – po czym szelmowsko zmarszczył brwi. „To historia prawie jak z twojej książki!”

Porozmawiajmy o Pani fascynacjach literackich – ulubiony pisarz to nadal Kurt Vonnegut? Wspomniała Pani, że lektura jego książek pchnęła Panią do pisania. Co to było? „Kocia kołyska”? Za co Pani tak ceni Vonneguta?

Wielu pisarzy miało na mnie wpływ, wciąż jednak uwielbiam Kurta Vonneguta. Mając jakieś jedenaście lat, przeczytałam „Syreny z Tytana”, otworzyło to przede mną zupełnie inny świat. To jego melancholijne i pełne miłości podejście do ludzkiej rasy, z jej słabościami, skłonnością do okłamywania samych siebie i wszystkich wokół, umiejętność obnażania mechanizmów władzy! No i mistrzowsko prowadzona fabuła, w której pozornie niemające ze sobą związku wątki przeplatają się w, zdawałoby się, przypadkowy sposób, by wreszcie na końcu połączyć się, nadając sens całości i zapierając ci dech w piersiach! Vonnegut ma wprost niesamowitą wyobraźnię. Oczywiście są też inni pisarze. Gdybym miała sporządzić listę, Vonnegut byłby na pierwszym miejscu. A zaraz za nim: Daphne du Maurier, Barbara Vine (pseudonim Ruth Rendell), Stephen King, Thomas Hardy, George Eliot, M.R. James i może jeszcze Isaac Asimov. Pisał, co prawda, okropnie, ale miał niesamowite pomysły.

Czytelnicy pokochali Alex Marwood za mistrzowskie intrygi. Krytyka docenia tło psychologiczne i obyczajowe. Dla mnie jest Pani mistrzynią w poruszaniu bolączek współczesnego świata: „Dziewczyny…” to próba rozliczenia mediów, „Zabójca z sąsiedztwa” to obraz samotności człowieka w wielkim mieście, a ostatnia – „Najmroczniejszy sekret”  to opowieść o tym, jak poradzić sobie z żałobą po stracie… I za to dziękuję! Czy Pani celem jest odzwierciedlanie w powieściach współczesnego świata i ludzi – takich, jakimi są?

O rety, wielkie dzięki! Właśnie to staram się robić. Choć oczywiście mam nadzieję, że moje książki są po prostu świetnymi komercyjnymi thrillerami – naprawdę lubię ten gatunek, tworzy w nim wielu wspaniałych pisarzy, uznawanych już za klasyków. Rzeczywiście, dość obsesyjnie dbam o zgodność wszelkich detali i postaci z ich umiejscowieniem w czasie. Wydarzenia z przeszłości i teraźniejszości napędzają fabuły moich książek. Gdy pisałam „Dziewczyny, które zabiły Chloe”, prasa uskuteczniała właśnie medialny lincz na Christopherze Jefferiesie – tego nieszczęsnego człowieka oskarżono o zabójstwo lokatorki, która wynajmowała od niego mieszkanie. Prasa uznała go za winnego ponieważ był nieco dziwaczny, miał ekstrawaganckie hobby i śmiesznie się czesał – po prostu musiał być winny. Coś z tej historii przesiąkło do mojej powieści. „Zabójca z sąsiedztwa”, dokładnie tak jak Pani powiedziała, pokazuje samotność człowieka w wielkim mieście, którą nasza mobilność, brak przywiązania do konkretnego miejsca, będzie z czasem jeszcze potęgować. „Najmroczniejszy sekret” zaczyna się jako książka o narcyzmie – to prawdziwa plaga naszych czasów w znacznym stopniu podsycana przez internet – ale gdy byłam mniej więcej w połowie pisania, zmarł nagle mój ojciec. To zmieniło ją w powieść o żałobie – jej nieprzewidywalności i nieuniknioności. Podobnie jak powieściowy Sean Jackson, mój ojciec nie był doskonałym rodzicem – choć mimo wszystko oczywiście znacznie lepszym niż Sean. Zaskakujące, jak skomplikowane są uczucia i jak silny, pomimo naszych rozczarowań i resentymentów, potrafi być ból i żal po stracie. Dziwne jest bycie pisarzem – nawet gdy przechodzisz przez najgorsze i doznajesz wszystkich tych najtrudniejszych, najbardziej przykrych emocji, jakaś cząstka ciebie dostrzega, że to świetny materiał na kolejną powieść.

Chciałabym zapytać Panią o warsztat pisarski. Jak pracuje Pani nad książką? Układa Pani konspekt, rozrysowuje wątki, szkicuje postaci? Gdy przystępuje Pani do pisania wie już, jak powieść się zakończy?

Jeśli o to chodzi, jestem naprawdę straszna. Mam okropnie chaotyczny umysł, łatwo się nudzę i rozpraszam. Niektórzy z moich przyjaciół potrafią działać według harmonogramu – pisać tysiąc słów dziennie, szczegółowo rozpisać intrygę jeszcze zanim na dobre zabiorą się do pisania. Mam nawet przyjaciela, który rozpisuje fabułę w arkuszu kalkulacyjnym! Ja muszę na kilka miesięcy całkowicie odciąć się od świata i nie robić nic poza pisaniem. Zaczynam od pomysłu, jakiegoś przewodniego motywu i może kilku dobrych scen, które mam w głowie. Poza tym nie wiem nic. Zabieram się do pisania, które jest zmaganiem, odkrywaniem natury moich postaci, tego, jakimi ludźmi są, poznawaniem ich motywacji i celów. Po jakichś czterdziestu tysiącach słów wiem już, w jakim kierunku zmierza historia, powoli zaczynam przewidywać zakończenie. Wtedy wyrzucam te czterdzieści tysięcy słów do kosza (jest nim folder w komputerze, do którego prawdopodobnie nigdy więcej nie zajrzę) i na serio zabieram się za pisanie.

A czy to prawda, że pisze Pani w łóżku? I nawet do biura wstawiła Pani ten mebel?!

Tak, to prawda. Muszę przyznać, że w znacznym stopniu jest to spowodowane przypadłością, na którą cierpię – hipermobilność stawów sprawia, że długotrwałe siedzenie na krześle jest niezwykle bolesne. Znacznie lepiej czuję się, siedząc na łóżku w pozycji kwiatu lotosu z laptopem ustawionym na małym stoliczku pełniącym funkcję biurka. Dzięki temu, gdy tylko rozbolą mnie plecy, mogę się wygodnie wyciągnąć na łóżku. Zabawne, że na pogrzebie mojej ciotki dowiedziałam się przypadkiem, że moja babcia Margaret Kennedy pracowała w dokładnie ten sam sposób. Najwyraźniej to po niej odziedziczyłam hipermobilność stawów. Zastanawiam się czasem, jaką frajdę sprawiłby jej genialny współczesny wynalazek, którym jest pianka z pamięcią kształtu.

A bohaterowie? Co prawda trudno ich polubić, ale czy czuje się Pani z nimi związana?

Oczywiście, zawsze. Moi bohaterowie bardzo mnie angażują, nie zawsze w pozytywnym sensie. Także z tego powodu piszę w odseparowaniu od świata. Moja rodzina i przyjaciele już się do tego przyzwyczaili; wiedzą, że kiedy skończę pracę, zrobię wszystko, by poświęcić im należną uwagę.

A jak na Pani powieści – mroczne thrillery psychologiczne  reagują bliscy? Sąsiedzi nie uciekają z krzykiem?

Ależ skąd, oni uwielbiają moje powieści i świetnie się przy nich bawią! Obawiam się, że wszyscy śmieją się bez końca z okropnych rzeczy, które robię w książkach moim wyimaginowanym przyjaciołom. Oczywiście bez trudu rozpoznają prawdziwe postaci i wydarzenia, które wykorzystałam w swoich historiach, i jest to kolejny powód do żartów. Z biegiem czasu zaprzyjaźniłam się z wieloma innymi pisarzami, co jest prawdziwym błogosławieństwem, ponieważ tylko inny autor jest w stanie zrozumieć ten szczególny rodzaj szaleństwa, nieodzowny, by być pisarzem. Swoją drogą, autorzy kryminałów to naprawdę fantastyczni ludzie – zabawni, serdeczni, zawsze gotowi służyć wsparciem kolegom i koleżankom po piórze. Jestem niesamowitą szczęściarą, że mogę być częścią tej społeczności!

A jaka jest recepta na dobrą powieść według Alex Marwood?

Powiem prawdę. Przeprowadź solidny research, a potem zrób wszystko, co w twojej mocy, by to ukryć. Nie zmuszaj bohaterów do zachowań, które nie leżą w ich naturze. I nie bój się pisać o rzeczach, które sprawiają, że czujesz się niekomfortowo.

W życiu robiła Pani różne rzeczy. Była nawet wróżką – może to temat na nową powieść?

Ależ tak! Pewnego dnia na pewno to zrobię. Psychologiczna manipulacja, jaką w rzeczywistości uprawiają ludzie parający się zawodowo wróżbiarstwem, to absolutnie fascynujący temat. Mam już gdzieś z tyłu głowy powieść osnutą wokół metody cold readingu – czyli zbioru technik używanych przez iluzjonistów i wróżbiarzy do podawania szczegółowych informacji o innych osobach, by przekonać ich, że wiedzą o nich znacznie więcej, niż wiedzą faktycznie – ale jeszcze nie wiem, co z tego wyniknie. To największa radość pisania – zawsze możesz stworzyć coś zupełnie nowego, a każda następna książka jest potencjalnym arcydziełem!

To na koniec proszę uchylić rąbka tajemnicy – coś szepnąć o opowieści, nad którą Pani teraz pracuje. W tytule znalazła się nazwa bardzo trującego grzyba. Jezu, o czym to będzie?!

Obecnie piszę o sektach; o tym, jak bardzo wpływają na psychikę wyznawców i ich codzienne życie, choć oni zupełnie nie zdają sobie z tego sprawy. Jak zwykle w moich książkach akcja toczy się początkowo dość leniwie, by wreszcie nabrać tempa i osiągnąć punkt kulminacyjny w nagłych i dramatycznych wydarzeniach. Trump, Państwo Islamskie, lewackie oszołomy, które opanowały naszą brytyjską Partię Pracy: wszyscy oni zachowują się niczym członkowie sekt, wyznawcy dziwacznych kultów. W każdym razie punktem wyjścia będzie masakra w Jonestown, a trup będzie ścielił się gęsto...

Współpraca i tłumaczenie: Agata Wiśniewska, wyd. Albatros