Fot. Daniel Dinsmore

Polscy czytelnicy znają twoje trzy powieści „Pogrzebane życie”, „Skradzione życie” i ostatnią „Niebiosa mogą runąć”. Wszystkie zostały przyjęte entuzjastycznie. Ale nic nie wiemy o ich autorze. Możesz nam się przedstawić? Przez 20 lat byłeś adwokatem, obrońcą w procesach karnych. Co spowodowało, że przeszedłeś na inną stronę mocy stałeś tym, który  opisuje zagadki kryminalne?

Bycie adwokatem nie było moim przeznaczeniem. Wybrałem studiowanie prawa, bo to miało zapewnić mi bezpieczną i dochodową pracę, ale nie robiłem tego z pasją. Zawsze byłem kreatywny, a moim prawdziwym marzeniem było związać zawód  z kreatywnością. Wybrałem jednak bezpieczną drogę. Teraz realizuję marzenia i świetnie się przy tym bawię. Żałuję, że tej zmiany w karierze nie dokonałem wcześniej.

Twoje wejście do literatury nie było przypadkowe. Czytałam, że do pisania podszedłeś profesjonalnie – ukończyłeś liczne kursy dla młodych literatów. Opowiedz o tym.

Pisanie to rzemiosło i tak jak każde inne wymaga dużo więcej niż tylko siedzenia przy biurku i spisywania tego, co akurat przyjdzie do głowy. Wyobraź sobie, że ktoś podaje ci skrzypce i poprosi, abyś zagrała na nich niesiona intuicją i emocjami, bez żadnego przygotowania. Dobry warsztat pisarski to efekt poświęcenia się nauce tego fachu. Takim podejściem kieruję się w moim pisaniu. Chciałem bardzo dobrze zrozumieć tę profesję. Może było to wynikiem mojej niepewności, ale przez 20 lat uczyłem się go (z przerwami), aż doszedłem do punktu, kiedy poczułem się komfortowo. Wciąż się uczę i wydaje mi się, że właśnie tak postępują dobrzy pisarze.

Lista nagród, jakie zebrałeś za debiut jest bardzo długa i naprawdę imponująca. Jakie to uczucie, gdy na nieznanego pisarza-debiutanta spada dosłownie deszcz wyróżnień?

To, co się dzieje, to szaleństwo. Decydując się na taki zawód nikt nie spodziewa się miłego przyjęcia, choć wszyscy żywią taką nadzieję. Nadal jestem zaskoczony tym, co mnie spotyka. Mam nadzieję, że w przyszłym roku postanie film na podstawie „Pogrzebanego życia”. W październiku wyjdzie moja czwarta książka, pracuję też nad dwiema kolejnymi. Realizuję swoje marzenie. 

A dziś, gdy porównują Cię do Connelly’ego, Lehane’a czy Cobena – to zestawianie ciąży czy jest raczej motorem popychającym do intensywnej pracy?

To motywacja. Jestem wielkim fanem tych trzech pisarzy. Ich sukces to nie zasługa szczęścia. Odnieśli go, bo piszą wspaniałe powieści. Moją ambicją jest pisać książki tak jak oni, książki które przynoszą czytelnikom radość. Chcę, aby odkładając kolejny tom moi czytelnicy delektowali się jej doświadczaniem. Tak właśnie  piszą  Connelly, Lehane czy Coben. Motywuje mnie myśl, że również mnie odbiera się w podobny sposób.

W twoich książkach jest wszystko czego szuka czytelnik: świetna fabuła, morderstwo prawie doskonałe, wplecione w fabułę elementy prawa połączone z systemem sądowniczym i policyjnym, a do tego pełnokrwiści, o genialnych profilach psychologicznych bohaterzy, pokazani z całym „dopustem bożym”: dramatami rodzinnymi i osobistymi, wątkami romansowymi. To czytelnicy uwielbiają! Czy to Pana „przepis” na idealny thriller kryminalny?

Od początku chciałem zawierać w moich książkach trzy rzeczy: zawiłą i dobrą fabułę (np. rozwiązanie tajemnicy), sugestywną historię personalną, podróż, jaką odbyć musi główny bohater. Chcę, aby wydarzenia zawarte w opowieści zmieniały moich bohaterów, a jeżeli mogę jednocześnie wpłynąć na emocje czytelnika, tym lepiej. I wreszcie, chcę, żeby moje książki mniej lub bardziej różniły się od innych książek. Kiedy więc pracuję nad powieścią, staram się pamiętać o tych trzech rzeczach. Może to jest taki mój przepis.

Twoje postaci mają bogate bagaże życiowe. Np. Joe Talbert z „Pogrzebanego życia” nosi traumę dzieciństwa z matką alkoholiczką, opiekuje się autystycznym bratem. Detektyw Max Rupert przeżył śmierć żony i młodszego brata. Skąd czerpiesz „dane”, by zbudować takie postaci?

Jako adwokat miałem do czynienia z najpodlejszą stroną ludzkiej natury, kiedy ludzie znajdowali się w swoim najgorszym, a czasem i najsmutniejszym punkcie życia. Zawsze darzyłem cierpiących ludzi empatią. Stawiając się w sytuacji osoby, której życie dało nieźle w kość, łatwiej jest znaleźć się w skórze bohatera, którego tworzysz i przepełnić ich takimi problemami.

Ile w twoich  powieściach jest Eskensa – adwokata? Bo przecież Boady Sanden to twoje alter ego, prawda?

Mogę potwierdzić, że Boady Sanden to na wiele sposobów moje alter ego. Ale wielu moich bohaterów ma w sobie jakąś część mnie. Miałem podobne problemy na studiach jak Joe Talbert. Opisane w „Pogrzebane życie” zadanie na zaliczenie naprawdę miało miejsce. Musiałem na zajęcia zrobić wywiad, a ponieważ dopiero co przeprowadziłem się do Minnesoty, wszedłem więc do przypadkowego domu opieki i znalazłem osobę, z którą przeprowadziłem rozmowę.

Boady jest również adwokatem. Nie chcę dać się zaszufladkować jako pisarz thrillerów prawniczych. Dałem sobie większą swobodę podczas pisania „Niebiosa mogą runąć”, która tylko w części zalicza się do tego gatunku. Moja kolejna powieść o Boadym przybliży jego nastoletnie lata w 1976 roku. Będzie to moja szósta książka, która ukaże się w 2019 roku.

Wspaniała kariera adwokacka, a co za nią stoi – „zgiełk i światła wielkiego miasta” -  nie pociągały Cię. Od lat mieszkasz na prowincji. Co daje takie życie „z dala od miasta”?

Życie prawnika na prowincji jest spokojne. Nigdy nie musiałem pracować 80 godzin tygodniowo, żeby zaimponować szefowi. Od początku sam jestem dla siebie szefem. Istnieje argument za jakością życia nad pieniędzmi.  W sądach na prowincji społeczność prawników jest niewielka i musimy się ze sobą dogadywać. A związku z tym wielu prawnikom udaje się pozostawiać animozje na sali rozpraw. Grałem w pokera z policjantami, prokuratorami, sędziami.

Może wydawać się, że wiedziesz życie nudne i przewidywalne. Oto facet w średnim wieku mieszka na wsi, z żoną ( ciągle tą samą!) i z córką oraz z liczną  domową menażerią. A tymczasem ten facet co roku pisze nową książkę, która jest ciekawym studium zła. W swoich powieściach przywołujesz starą rzymską zasadę, że za zbrodnią zawsze stoi kara. 

Testuję tę teorię w mojej kolejnej powieści „The Deep Dark Descending”, która w październiku ukaże się w Stanach Zjednoczonych. Trzy książki „Skradzione życie”, „Niebiosa mogą runąć” i „The Deep Dark Descending” nie są ze sobą powiązane, ale śledzą losy bohatera Maxa Ruperta. „Skradzione życie” to historia o dwóch braciach, tym złym i tym dobrym, w którym Max jest tym uczciwym. W „Niebiosa mogą runąć” Max poddaje próbię tę swoją rolę. A w „The Deep Dark Descending” Max przechodzi na złą stronę i staje przed wyborem wymierzenia sprawiedliwości lub zemsty. Na zewnątrz jestem dość nudny, ale wewnątrz z chęcią zanurzam się w ciemnej stronie ludzkiej natury.

Jeszcze chciałam zapytać o zwierzęcych domowników. Opowiesz polskim czytelnikom kto z Tobą mieszka?

Razem z żoną adoptujemy uratowane psy, a na przestrzeni lat mieliśmy też jednego lub dwa koty. W kwietniu powitaliśmy dwóch nowych członków naszej rodziny - coonhound i owczarka mieszańca. To starsze psy i cieszą się, że znalazły dom.

Wyobrażam sobie miejsce, gdzie powstają twoje powieści: gabinet lub taras z widokiem na ogród, łąkę i las, zwierzęta biegają luzem, a Ty piszesz ręcznie wiecznym piórem… Zgadza się?

(Śmiech). Piszę w piwnicy. Czasem siadam na tarasie z widokiem na jezioro, mogę wtedy się rozmarzyć i pomyśleć nad książką. Ale zbyt wiele rzeczy mnie rozprasza i nie mogę tam pisać. Zazwyczaj siadam w wygodnym fotelu, na którym mogę wyciągnąć nogi, a laptop trzymam na kolanach. Obok mnie na krześle śpi coonhound, podczas gdy owczarek woli zostać na górze. Otacza mnie spokój i mogę puścić wodze fantazji.

A co powstaje pierwsze: pomysł na intrygę kryminalna a może tytuł? A może cały konspekt powieści? Od początku wiesz kto zabił?

Ponieważ tworzę zarys, wszystko zaczyna się od pomysłu, a następnie wymyślam ciąg dalszy. W przypadku „Pogrzebanego życia” przyszedł mi do głowy pomysł studenta, który udaje się do domu opieki, by przeprowadzić tam wywiad potrzebny na zaliczenie zajęć. Podczas rozmowy okazuje się, że osoba, z którą rozmawia, ma mroczną przeszłość i wciąga go intryga. To był mój punkt wyjścia, potem dałem upust wyobraźni. Mogę poświęcić miesiące, a nawet lata, na wypracowanie różnych pomysłów, aż któryś przypadnie mi do gustu. Zanim przystąpię do pisania, mam już dość szczegółowo nakreślony zarys powieści. Wiem, o czym będzie każdy rozdział, oraz gdzie kończą się i zaczynają wątki poboczne. Jeżeli coś przykuje moją uwagę, to jestem w stanie to zmienić, ale staram się wiernie trzymać zarysu. Tytuł zazwyczaj przychodzi mi do głowy podczas pisania, na podstawie poruszanych w powieści tematów.

Allenie, i jeszcze pytanie, które nurtuje mnie i pewnie wielu czytelników twoich powieści: kiedy dowiemy się co stało się z Jenni,  żoną Maxa Ruperta? Bardzo polubiłam tego detektywa…

                To będzie fabuła mojej kolejnej powieści „The Deep Dark Descending”.  Max tropi osoby odpowiedzialne za śmierć jego żony. Cieszę się na tę książkę, ponieważ dzięki niej mogę zadać sobie pytanie jak powinien postąpić Max, kiedy złapie winowajcę. Większość osób powie, że nie zawaha się zabić kogoś, kto pozbawił życia ich ukochaną osobę. Jeśli jednak w życiu kierujesz się konkretnym kodeksem moralnym, i nagle patrzysz mordercy w oczy, to czy rzeczywiście jesteś w stanie to zrobić? Więcej nie powiem. Tak rozpoczyna się powieść:

Unoszę siekierę, by wymierzyć trzeci cios, ale ręka odmawia mi posłuszeństwa, zastyga nad głową, dłoń oplotły węzły tego, czy czynić swoją powinność, wszystkie te wątpliwości, które przysiągłem sobie, że mnie nie powstrzymają.  Więcej nic  nie powiem.

Dziękuję za rozmowę i serdecznie pozdrawiam w imieniu polskich czytelników.

             Cała przyjemność po mojej stronie!