Łamie Pani tabu! Nie dosyć, że opisuje miłosno-rodzinny trójkąt, to jeszcze wszystkie wierzchołki tego trójkąta mieszkają pod wspólnym dachem! I są szczęśliwe! No coś podobnego!? Inteligencki, elitarny Żoliborz, gdzieś między kościołem św. Stanisława Kostki a parkiem Żeromskiego – tam umiejscawia Pani rodzinę, która wyłamuje się z obyczajowego schematu. A na poważnie – zbiera już Pani baty za „Żony jednego męża”?

Jedni uważają, że propaguję ten układ, inni, że go potępiam. Świetnie. Miało być niejednoznacznie. A tak poważnie: pojęcie normy, normalnej rodziny jest mocno przereklamowane. Chłopak–dziewczyna, normalna rodzina? Bzdura, wystarczy się rozejrzeć. Ile widzimy dookoła tych tzw. „normalnych rodzin”? Ludzie naprawdę żyją w przedziwnych układach. Samodzielna matka wychowuje dwójkę dzieci z pomocą swojego ojca, który dochodzi na popołudnia i wieczory. Dziadkowie zajmują się dziećmi, których rodzice wracają z zagranicy tylko dwa razy do roku, na Święta. Pełnoletni brat mieszka z młodszym, dzielą obowiązki. Ciotka dogląda niemowlęcia, którego matka pracuje w innym mieście, a ojciec nie poczuwa się do niczego. Możliwość tych relacji jest naprawdę nieskończona.
A ja sobie badam jedną z tych opcji, w którą członkowie weszli nie z konieczności, a z własnej woli. I jeszcze ośmielają się być szczęśliwi. Dwie kobiety i jeden mężczyzna. Przy czym to głównie kobiety chciały tego układu. Zgroza.
No dobrze, śmieję się trochę. Pewnie, że się boję odbioru tej książki. Zobaczymy.

O własnym trójkącie pisała już Michalina Wisłocka, co mogliśmy zobaczyć w filmie "Sztuka kochania", ale nie była to historia pozytywna. Skąd wziął się Pani pomysł na powieść?

Szukaliśmy dla siebie miejsca na Żoliborzu, chcieliśmy zmienić mieszkanie nie zmieniając dzielnicy. Obeszłam mnóstwo domów. Co dom, to historia, niesamowite doświadczenie. Trafiliśmy między innymi do jednego z szeregowców. Na dole mieszkała starsza pani, na górze druga. Niespokrewnione. Panowała między nimi przedziwna więź, zupełnie nieerotyczna, ale dużo większa niż przyjacielska, nieledwie rodzinna. Mnóstwo rzeczy, łącznie z ogrodem, posiadały wspólnie. Mój mąż wypytywał o kwestie własnościowe, stan instalacji, szczelność dachu, a ja siedziałam w kącie i patrzyłam na nie, jak się do siebie odnoszą, jak się rozumieją w pół słowa. Widać było, że spędziły kawał życia razem, nie tylko obok siebie. I wtedy, w mojej głowie, narodziła się ta historia. Dzieje się właśnie w tamtym domu.
Nowy dom kupiliśmy w końcu… Nie, to temat na zupełnie inną opowieść.

Zawsze chodzi Pani pod prąd? W "Kurorcie Amnezja" opisała Pani – w sposób daleki od konwencji – ludzi chorych, w kryminale (to moja ulubiona powieść:) – "Sześć kobiet w śniegu (nie licząc suki)" – daje Pani prztyczka środowisku swoich koleżanek – pisarek…

„Definiujesz się w ogniu walki” twierdzi mój mąż. Ale nie, nie śmiałabym dawać prztyczków w nos koleżankom pisarkom, bo to świetne babki. Wyśmiewam się raczej z mechanizmów promocyjnych, które co i rusz mianują nową królową, carycę, cesarzową, księcia, a przynajmniej „absolutną mistrzynię” albo „królową debiutantek”. Przez to człowiek na Targach Książki czuje się, jakby wpadł na wieczorek tańcujący do hrabiny.
A co do konwencji – kiedy się je odwraca, zaczynamy myśleć. Kiedy odwracamy stereotypy, widzimy, jak bardzo były absurdalne.

W informacjach o Pani często pojawia się opinia „specjalistka od powieści kobiecych”. Tzn. jakich? Dla mnie powieści są albo dobre, albo złe. To w ogóle ciekawa sprawa. Nie słyszałam, by faceta, który napisze dobrą opowieść obyczajową, z fajnym tłem społecznych, ciekawymi postaciami kobiecymi, ktoś określał autorem powieści kobiecej! Jak Pani sądzi skąd się bierze taka, po trosze negatywna, stygmatyzacja piszących kobiet?

Jak wiadomo, literatura dzieli się na tę bez przymiotników, którą piszą panowie, i na tę, którą piszą kobiety, zwaną kobiecą. Wiadomo, jeśli się coś ochrzci kobiecym, wydaje się mniej poważne, mniej znaczące. Coś różowiutkiego, delikatnego, między kosmetyczką a kuchenką, prawda? Siedzenie w okopach na linii frontu to problem ogólnoludzki. Albo impotencja. Albo zdradzanie żony z kobietą o połowę młodszą. Natomiast kto by się przejmował takim, dajmy na to, macierzyństwem? Przecież to problem niszowy… Wyłącznie kobiecy…
Śmieję się, ale to bywa bolesne. Mam kolegę, który pisze w pewnym opiniotwórczym tygodniku. On też twierdzi, że literatura nie dzieli się na kobiecą i niekobiecą, tylko na dobrą i złą. Otóż ten kolega przeczytał jedną z moich książek i aż zadzwonił, tak mu się podobało. Że mocna. Że świetnie się czyta i porusza. Sugeruję nieśmiało, że może by w takim razie napisał mi jakąś recenzję w tym swoim tygodniku. A on na to zamilkł, speszył się i powiedział: Ale wiesz, o babskiej to nam pisać trochę nie wypada.

Literatura przeżywa teraz prawdziwy wysyp kobiet–pisarek. Piszą świetne powieści akcji, kryminały, obyczajowe, historyczne – wyliczankę można ciągnąć. Ten złoty okres podbijają rankingi sprzedanych powieści, ale też powszechność spotkań z pisarkami, na które przychodzą tłumy i to nie tylko kobiet! "Piękne kobiety piszą krwawe historie", usłyszałam podczas pewnej dyskusji. Co ciekawe, rozmawiali sami panowie…

„Piękne kobiety piszą...?” Cóż, panowie zawsze lubią się odnieść do kobiecego wyglądu, niezależnie o jakich kobiecych osiągnięciach chcą mówić. Sama uczestniczyłam np. w panelu Blondynki piszą kryminały. Potem, pod podobnym hasłem, powstał tekst o nas we Wprost. Czy słyszała pani kiedyś o panelu Łysi piszą domestic noir? O artykule Brodaci piszą sensację? No właśnie. Tymczasem zasadniczym punktem strategii promocyjnej książki pisanej przez kobietę są jej zdjęcia. Wydawnictwa inwestują w eleganckie sesje, koleżanki odchudzają się przed premierą książki, poprawiają sobie podbródki. Autorka ma obowiązek być ładna.
Chciałabym nie dać się zwariować, na pulpicie komputera mam więc dwie autorki w zaawansowanym wieku, które opijają szampanem Nobla jednej z nich. Na każdą zmarszczkę ciężko zapracowały. To Alice Munro i Margaret Atwood.

O Pani książkach czytelnicy piszą i mówią, że są wciągające, z ciekawą intrygą, kontrowersyjne. O tym, że wychowała Pani armię wielbicieli świadczą najdobitniej nagrody od czytelników: od blogerów za najbardziej wciągającą powieść roku, za najbardziej kontrowersyjną powieść na festiwalu Pióro i Pazur… Nazbierała już Pani sporą kolekcję, prawda?

Była jeszcze Róża Gali. I główna nagroda Festiwalu Literatury Kobiet. Istnieje całkiem pokaźna grupa osób, która regularnie kupuje i czyta wszystkie moje powieści. Rzadko miewam spotkania autorskie, bo nieśmiała ze mnie dziewczyna, ale na nich już normą się stało, że uczestniczki przychodzą z czterema – pięcioma moimi książkami do podpisania. Nie wszystkim się podobam, wiadomo, ale gdy się już spodobam, wchodzę z czytelniczką w związek niemalże dożywotni. Dostaję bardzo osobiste wiadomości. Miewam bardzo prywatne rozmowy na Targach Książki. Skąd pani zna mnie tak dobrze? – pytają. Cóż, moje kochane, chyba jesteśmy pokrewnymi duszami.

Autorka 8 powieści. To wiemy. Ale skąd się wzięła Anna Fryczkowska? Jak została pisarką? Bo – chyba Pani literacka droga odbiegała od ścieżki kariery np. Ali czy Bietki, bohaterek "Sześciu kobiet w śniegu (nie licząc suki)?

Z nudów, jako dziecko, nauczyłam się czytać dość wcześnie, bo miałam niecałe pięć lat. Chyba zresztą trochę za wcześnie, bo potem już pochłaniałam wszystko jak leci. Byłam przekonana, że człowiek jest jak biblioteka: ma możliwość wybierania między osobowościami, między losami, tak jak wybiera się książki z półki. Że mogę być każdym. Dopiero po jakimś zostałam brutalnie uświadomiona, że nie. Że osobowość i los ma się jedną, daną na zawsze. Strasznie długo wtedy płakałam.
Potem nie umiałam się zdecydować na drogę życiową. Kończyłam kolejne studia. Piekłam pizzę, byłam barmanką, kelnerką, tłumaczką i aktorką pantomimy. Sekretarką Włochów przyjeżdżających do Polski w interesach. Sprzątałam prysznice na kempingu we włoskich Dolomitach, a potem gotowałam polentę dla dzielnych narciarzy. Zjeździłam pół Polski pisząc reportaże.

A teraz nareszcie trochę osiadłam. I nadal usiłuję się uporać z tą dziecięcą traumą. Przeżywam różne losy, przyjmuję różne osobowości. Przynajmniej od 8.30 do 15.

Gdzie nauczyła się Pani tak wnikliwie pisać o kobietach? Pomogła praca nad serialami telewizyjnymi? Mało kto wie, że jest Pani współautorką scenariuszy do "Na Wspólnej" i "Barw szczęścia".

Moja przygoda z Barwami szczęścia trwała krótko, bo szefowa zespołu, Ilona Łepkowska, szybko uznała, że nie czuję klimatu tej opowieści. Faktycznie, okupujemy nieco inne nisze. Wnosiłam za mało ciepła, a za dużo ironii. W mojej filmografii zatem zostały tylko 2 odcinki tego serialu. Ale mam trochę innych scenariuszy na koncie, uwielbiam je pisać, wymyślać, razem z grupą zdolnych osób, nowych ludzi, nadawać im osobowości, wymyślać im losy i perypetie, rzucać kłody pod nogi, odbierać przy rodzinnych obiadach telefony: „U Marka nudno? To może go okaleczyć albo niech go przynajmniej żona zdradzi?” Serialowi bohaterowie są wspólni, książkowi są już wyłącznie moi.

To jeszcze proszę opowiedzieć o ważnych kobietach w Pani życiu. Kim one były, są?

Mama. Babcie. Siostra. Córka. Przyjaciółki. Przyjaciółki pisarki, bo nikt tak nie zrozumie niechęci do własnych bohaterów czy kryzysu po oddaniu tekstu do wydawcy. Kobiety są fascynujące i mają świetne historie do opowiadania. Mają też dużo nieuświadamianej, tłumionej siły, która – gdy pozwolą się jej uwolnić – przełamuje tamy. Kobiety są super. I nie do pokonania, gdy trzymają się razem.

Coś czuję, że "Żony jednego męża" mają szansę na tytuł "kontrowersyjna książka roku". Zanim to się stanie proszę, zdradzić czytelniczkom "Claudii" o czym będzie Pani następna powieść?

Ma to być historia o winie i przebaczeniu. Dziewczyna, która dziesięć lat temu uciekła z rodzinnego miasteczka, wraca tam na pogrzeb bliskiej osoby. Będzie musiała uporać się z własną traumą i odkryć niejedną, nie tylko rodzinną, tajemnicę. Do tego dochodzi silna miejscowa kobieca klika, czyli klub kobiet, które niezależnie od pogody pławią się w rzece. Zawsze słyszałam, że to fantastyczne uczucie. Zawsze patrzyłam na to z przerażeniem. Nie mogłam pisać o tym bez sprawdzenia.
No więc Kaszuby, marzec, siódma rano, jeszcze szron na trawie, a ja w szlafroku i klapkach rozgrzewam się na brzegu jeziora, ale wcale mi nie jest ciepło. Stwierdziłam, że nie wejdę, ale pomyślałam o moich czytelniczkach i zeszłam po schodkach z pomostu do jeziora. Pierwszy kryzys miałam w połowie łydek, drugi – po zanurzeniu się do pasa. Ale twardo szłam w dół, aż zanurzyłam się po szyję. Mróz aż parzył! Wyskoczyłam na brzeg, a tam zaraz przyszła nagroda: uczucia po wyjściu są właściwie narkotyczne, w sensie euforii, buzującej w żyłach krwi i niesamowitego uczucia ciepła, które szaleje w ciele. To lepsze niż cztery espresso pite ciurkiem. I zdaje się jednak zdrowsze. Następnego rana weszłam do jeziora o świcie już wyłącznie dla przyjemności. I to wszystko dzięki literaturze!

Jeśli jeszcze nie znacie powieści Anny Fryczkowskiej – koniecznie po nie sięgnijcie. Polecam!

fot. materiały prasowe
fot. materiały prasowe