Twoja książka kucharska „Umami” jest nietypowa. Czyta się ją jak biografię opowiedzianą za pomocą ulubionych potraw i smaków. Jesteś osobą, która niechętnie opowiada o życiu prywatnym, a tu się przed czytelnikami otwierasz.

Joanna Brodzik: Tak, ale robię to na swoich warunkach, w przestrzeni, która jest mi bliska i jest moją pasją. „Umami. Opowieści i przepisy” to mój debiut literacki. Praca nad tą opowieścią kulinarną, bo tak ją nazwałam, była dla mnie rodzajem gawędy. Wzorowałam się na „Afrodycie” Isabel Allende, którą kocham. To piękna i mądra książka. Pozornie traktuje o pokarmach, które mogą ulepszyć nasze sensualne życie, a tak naprawdę jest wspaniałą intelektualną podróżą w czasie i przestrzeni. Brakowało mi takiej pozycji napisanej po polsku. I tę lukę starałam się wypełnić. Z pomocą przyszła mi pandemia. Gdy zostałam z dnia na dzień zamknięta w domu, zaczęłam szukać dla siebie zajęcia, które pozwoliłoby mi kreatywnie zagospodarować ten czas. Zabrałam się za pisanie książki, nie zastanawiając się, czy ją kiedykolwiek skończę, czy komukolwiek ją pokażę. Usiadłam do pisania i był to miły czas ze wspomnieniami, kolekcjonowanymi informacjami i ciekawostkami, które od lat mnie pasjonują i karmią dobrą energią. Poza tym naprawdę uwielbiam gotować. Powtarzam to często, że gdybym nie została aktorką, najprawdopodobniej byłabym kucharką. Jest to rzecz, która przychodzi mi naturalnie, gdy zastanawiam się, co mam zrobić ze swoimi dwiema, bo jestem oburęczna, rękami (śmiech).

Co dla Ciebie znaczy ta książka?

Joanna Brodzik: Jest dla mnie przygodą, którą sobie zafundowałam. Z rosnącym zachwytem i ciekawością obserwuję, co wyniknie z mojej próby znalezienia dla siebie przestrzeni na spełnienie tego marzenia. Wcześniej przez zobowiązania zawodowe nie miałam czasu. Pierwszy rozdział powstał, bo poczułam chęć podzielenia się swoją wrażliwością. Jak mówi amerykańska badaczka i wspaniała mówczyni Brené Brown, odsłaniam przed czytelnikami swój „miękki brzuch”. Zapraszam też osobę czytającą do wglądu w siebie: „Kim jesteś, co lubisz, co cię wzrusza, porusza”. I robię to za pomocą zagadnień szczególnie mi bliskich, jakimi są tropienie historii przypraw i potraw. „Umami” jest dla mnie zaproszeniem do dialogu o naszej kreatywności, różnorodności i człowieczeństwie. Nim ta opowieść trafiła do Wydawnictwa Znak, przeszła przez ręce osób mi bliskich, np. mojej współpracowniczki Karoliny Nasalskiej. Zapytałam ją, co myśli po przeczytaniu pierwszego rozdziału. Powiedziała: „Poczułam się wzmocniona i nakarmiona”. To ona dodała mi odwagi, by pisać dalej.

Ogromne wsparcie dostałaś też od najbliższej rodziny. Ponoć Twoi synowie codziennie pytali o nowe strony... Słowa otuchy były mi bardzo potrzebne. Debiutuję tą książką w przededniu moich 50. urodzin. Powiedziałaś, że gdybyś nie została aktorką, to byłabyś kucharką. A ja widzę, że mogłabyś być również trenerem personalnym.

Joanna Brodzik: Zgadza się, uzyskałam dyplom trenera I stopnia Szkoły Trop. Mam uprawnienia do pracy z grupą i prowadzenia warsztatów opartych na empatii w działaniu. Moje życie składa się z kropek, które zaskakując mnie samą, łączą się w spójną całość. Po wielu latach współpracy z osobami z cechami niepełnosprawności założyłam Fundację Opiekun Serca, która zajmuje się zmianą świadomości społecznej wobec nich. Aby zdobyć nowe kwalifikacje, skończyłam szkołę, z której najważniejszym elementem, jaki wyniosłam, jest twórcze podejście do aktywnego słuchania i umiejętność pracy z ludźmi na ich mocnych stronach. Gdzie mnie to zaprowadzi? Jestem bardzo ciekawa. Moje życie jest podróżą i fascynującą wyprawą w nieznane.

Od kiedy zagrałaś pierwsze role, najpierw w serialu „Graczykowie”, a później „Kasia i Tomek”, utrzymujesz się na szczycie popularności.

Zobacz również:

Joanna Brodzik: Na szczycie popularności to wciąż znajdują się Rolling Stonesi i Tina Turner! (śmiech) Ja uprawiam swój zawód i rozwijam możliwości, starając się funkcjonować według zasad: kreatywność, konsekwencja, otwartość, autentyczność. Pracując nad kolejnymi rolami, miałam wielkie szczęście wpleść w nie elementy z mojego życia. Gdy pracowałam nad rolą Kasi w serialu „Kasia i Tomek”, ja, z natury brunetka, rozmontowywałam dla siebie i innych stereotyp niefrasobliwej blondynki. Gdy zaczynałam grać w „Magdzie M.”, podobnie jak bohaterka byłam trzydziestolatką, która w poszukiwaniu spełnienia swoich marzeń z małego miasta przyjechała do Warszawy. Konstruując postać Małgosi z „Rozlewiska”, konfrontowałam się z przemijającą nieuchronnie młodością i macierzyństwem. Za każdym razem, podejmując nowe wyzwanie zawodowe, sprawdzam, czym mogę dzięki temu, czego doświadczam „tu i teraz”, wzbogacić moją zawodową wypowiedź. Mam nadzieję, że obecnie czytelnicy i czytelniczki chętnie sprawdzą, z czym do nich przychodzę i dlaczego. I z przyjemnością sięgną po „Umami. Opowieści i przepisy”.

Bardzo umiejętnie operujesz swoim wizerunkiem. Nie zamęczasz sobą. Nie ma Cię zbyt często w mediach, na ściankach. Dlatego widzowie są Ciebie tacy ciekawi. Wracają do Ciebie jak do dobrego znajomego, którego dawno nie widzieli.

Joanna Brodzik: Bardzo ci dziękuję za te słowa. Nie jestem „gwiazdą” Instagrama, nie upubliczniam swojego życia prywatnego. Świadomie decyduję o tym, gdzie są granice wglądu innych w moje dokonania. Żyjemy w czasach, w których każdy z nas ma prawo decydować, gdzie wyznacza swoją granicę prywatności. Dla jednych nie są to nawet drzwi sypialni, natomiast dla mnie to granica mojego domu. I mojego niezbywalnego prawa do prywatności.

Jak więc się odnajdujesz w biznesie filmowym, który już dawno tę granicę zatarł?

Joanna Brodzik: Wszystko jest kwestią ludzi i zasad. Mam szczęście do ludzi i w życiu prywatnym, i zawodowym.

Momentem zwrotnym w Twojej karierze było opanowanie wstydu. Nauczyłaś się mówić o nim otwarcie, przez co odcięłaś tę kotwicę, która wiele osób ciągnie w dół. I wystrzeliłaś.

Joanna Brodzik: To ciekawe, co mówisz. Dotarłam w życiu do takiego momentu, gdy powiedziałam „sprawdzam”. Postanowiłam go wykorzystać. Z grupą ludzi przygotowałam i wzięłam udział w wydarzeniu społecznym „A Ty czego się wstydzisz”. To mi dało ogromną moc. Bardzo pomogła mi w tym edukacja, którą przeszłam w Szkole Trenerów Grupa TROP. Musiałam tam przezwyciężyć wewnętrzne ograniczenia i stereotypy na własny temat. Widzę i czuję, jak bardzo ten etap edukacji mnie wzmocnił i wzbogacił. Jak przekłada się to bezpośrednio na pracę, np. w serialu „Receptura”, w którym zagrałam drugoplanową postać – wredną, źle ubraną i umalowaną matkę Zosi Wichłacz. Anetka to bohaterka niejednoznaczna i wielowymiarowa. Dużą frajdę sprawiło mi wykreowanie kogoś nie do końca fajnego. A tworząc tę postać, odkryłam, że lubię grać zołzy! Wspaniałym doświadczeniem była też praca z Cezarym Żakiem, moim serialowym mężem. Mogłam sobie na niego bezkarnie pokrzyczeć (śmiech).

A nie jest przypadkiem tak, że osobom na świeczniku trudniej jest się przyznać do swoich wad publicznie, bo może to zostać wykorzystane przeciwko nim? Pojawiają się hejterzy wyśmiewający problem, tak naprawdę pogłębiając go.

Joanna Brodzik: Przytaczana już przeze mnie Brené Brown powiedziała kiedyś, że „odwaga to przepracowany akt strachu”. Rozmawiała na temat odwagi, wstydu i wrażliwości z tysiącami osób i z jej badań wynika, że bez wrażliwości nie ma odwagi. Jeśli próbuje się odnieść sukces w jakiejkolwiek dziedzinie, to trzeba zdać sobie sprawę, że porażka jest naturalną częścią tej drogi. I trzeba odwagi, żeby przezwyciężyć strach przed byciem autentycznym. Wrażliwym i szczerym.

Ale obserwując życie gwiazd, nie słyszymy o żadnych porażkach i chcemy być tacy szczęśliwi jak one.

Joanna Brodzik: Czasem myślę, że w programie nauki szkolnej powinien być obowiązkowy przedmiot „manipulacja w przekazach medialnych”. Ale takiego przedmiotu nie ma, więc tę lukę musimy wypełnić my, rodzice, tłumacząc dzieciom, że to, co widzą w internecie, gazetach czy telewizji, nie zawsze jest prawdą.

Fot. Marta Wojtal

Kto Twoim zdaniem ma większy wpływ na to, jak dziecko rozumie medialne przekazy: rodzice czy rówieśnicy?

Joanna Brodzik: Dzieci najwięcej czerpią z obserwacji. Zarówno rodziców, jak i swojej grupy rówieśniczej. Bardzo żałuję, że w Polsce nie mamy świadomości zagrożeń płynących z internetu czy mediów społecznościowych, jaką np. mają Finowie. Oni nawet w programie szkolnym umieścili obowiązkowy przedmiot poświęcony rozumieniu przekazywanych treści. I to zarówno tych na stałe funkcjonujących w zbiorowej świadomości, jak i tych płynących z nowoczesnych mediów.

Powiedziałaś kiedyś, że uważnie dobierałaś bajki, które czytałaś synom.

Joanna Brodzik: Wiele klasycznych bajek przez stulecia utrwalało stereotypowy podział na role męskie i żeńskie w społeczeństwie. A świat jest bardzo różnorodny i skomplikowany. Jesteśmy teraz w bardzo interesującym momencie historii. Ostatnio oglądałam z synami w kinie „Cruellę”. Przed seansem było kilka zwiastunów nowych filmów, a wszystkie przedstawiały bohaterki, które starają się żyć według własnych reguł. Siedziałam z moimi dwoma dorastającymi synami i nie mogłam wyjść z podziwu. W końcu na kinowym ekranie pojawiła się Cruella, która nie jest żadną księżniczką, tylko prawdziwą buntowniczką. Na taki moment przedstawiania kobiet w kinie czekałam od dawna. Te zmiany dzieją się na naszych oczach.

Zmiana dokonała się w Tobie również pod wpływem postaci Kasi z serialu „Kasia i Tomek”.

Joanna Brodzik: Reżyser Jurek Bogajewicz zmienił mnie z poważnie myślącej o sobie brunetki w blondynkę. Dając mi nowy kolor włosów, podarował mi jednak znacznie więcej… Pomógł zrosnąć się mojemu kręgosłupowi zawodowemu. Z blondem na głowie, niefrasobliwością postaci podarował mi ogromny kawałek dystansu do siebie. Dał mi poczucie sprawczości, które jest ze mną do dziś. Udowodniłam sobie i innym, że w sprzyjających warunkach mogę wszystko. To bezcenny skarb, za który jestem mu od lat wdzięczna.

Ten serial jednocześnie coś Ci zabrał. Utraciłaś anonimowość.

Joanna Brodzik: Taka jest konsekwencja dobrze wykonanej pracy! (śmiech) Pamiętam bardzo dokładnie ten moment. Pracę nad serialem rozpoczęliśmy w czerwcu. Pracowaliśmy nad pierwszym sezonem intensywnie do połowy listopada. Serial miał premierę na antenie we wrześniu. Dość szybko zaczął wywoływać żarliwe dyskusje i zyskał fanów. Stał się rozpoznawalny, a my razem z nim. Pamiętam, że po zakończeniu zdjęć umówiłam się z koleżankami na mieście. Trafiłyśmy do jakiegoś klubu, gdzie było bardzo dużo ludzi i oni wszyscy wiedzieli, kim ja jestem. To był silny i dojmujący moment, kiedy zrozumiałam, że prywatność ma się tylko jedną. Oczywiście to świetna sprawa, zrobić swoją robotę tak, by ludziom się ona spodobała. Z drugiej strony od tego nie ma już odwrotu.

Choć nie sprzedajesz prywatności, cieszysz się sympatią wśród widzów.

Joanna Brodzik: Przeważnie tak. Chociaż czasami zdarzają mi się sytuacje typu: „znam, ale nie lubię”… Usłyszałam to od patrolu policji (śmiech). Ale na ogół ludzie reagują na mnie życzliwie, z uśmiechem. Podczas pandemii uśmiechali się trochę mniej. Maski nam to uniemożliwiły.

Czyli przez pandemię odzyskałaś ponownie anonimowość.

Joanna Brodzik: 25 lat mojej pracy sprawiło, że mam możliwość doświadczać życzliwego mi świata. To ogromny kapitał, z którego istnienia zdałam sobie sprawę, gdy go na chwilę straciłam. Teraz z radością zrzucam maskę i odwzajemniam wszystkie uśmiechy, jakimi jestem obdarowywana.

Zbliżają się święta Bożego Narodzenia. Jak wyglądają u Ciebie w domu?

Joanna Brodzik: Różnie. To zależy od naszych możliwości ludzko-lokalowych. Najbardziej lubię, gdy jest hałas, ścisk, powyciągane wszystkie dodatkowe taborety, by się zmieścić przy stole. Spotkania z rodziną to zawsze improwizacja. Zdarzają się też bardzo spontaniczne, co jest pewnym kolorytem naszych świąt, ale uważam, że jest to totalnie potrzebne. Uwielbiam ten moment, gdzieś na przełomie listopada i grudnia, gdy zaczynam planować święta. To ważna dla mnie część roku. Bardzo ją celebruję i nic a nic mnie nie stresuje. Nie mam też problemu z tym, by zapakować przygotowane potrawy i pojechać w rodzinne strony, żeby w niewielkim mieszkanku mojej mamy ułożyć się piętrowo „na kanapkę” ze wszystkimi członkami rodziny. Uwielbiam, gdy siedzimy sobie „na głowie” pod choinką, gadamy, jemy, śmiejemy się i oglądamy filmy świąteczne, jak choćby po raz osiemdziesiąty „Kevina samego w domu”.

A co jest Twoim popisowym daniem?

Joanna Brodzik: Mama chyba się nie obrazi, gdy powiem, że mój bigos nie ustępuje w niczym jej bigosowi. Ale jestem zawsze oddelegowana do robienia makowców. Co roku, ku uciesze moich synów, panikuję, przenosząc je, wyrośnięte w papierze, na blachy. Naprawdę wariuję ze strachu, by się nie rozpadły! No dobra, trochę blefuję, by zobaczyć rozbawione miny gapiów. To przecież nasza tradycja! (śmiech).

To opowiedz jeszcze o swoich planach zawodowych na najbliższy czas. Jakieś nowe projekty są na horyzoncie?

Joanna Brodzik: Przede mną trasa promocyjna książki „Umami”, na którą ogromnie się cieszę. Mam zaplanowane spotkania autorskie w wielu miastach. To wspaniała okazja do rozmów z ludźmi, za którymi jestem zwyczajnie, po ludzku stęskniona. Mam nadzieję, że w przyszłym roku zadebiutuję jako producentka. Pracuję nad cyklem dokumentalnym, pilotowy odcinek już powstał. Rysuje się również możliwość powrotu do teatru, co bardzo by mnie ucieszyło, bo spotkania na żywo z publicznością są dla mnie doświadczeniem bezcennym.

Fot. Marta Wojtal,
asystent: irek krynicki/daylight studio,
stylizacja Patrycja Pankiewicz,
makijaż i fruzra: Aneta kKacprzak