Claudia: Pani powieści pobiły rekord sprzedaży – jak to jest być milionerką sprzedanych egzemplarzy?

Katarzyna Michalak: W Polsce? Zupełnie normalnie. Takie osiągnięcie na nikim nie robi specjalnego wrażenia. Nikt nie kojarzy z tymi milionami mojej osoby ani mojego nazwiska, przynajmniej nikt poza ścisłym gronem zaangażowanych Czytelników. To z jednej strony bardzo dobrze wpływa na moje poczucie normalności, bo jestem zwyczajną kobietą, mam zwyczajne problemy, więc woda sodowa do głowy mi nie uderzy i nie zacznę "gwiazdorzyć". Z drugiej strony mam świadomość jak byłaby postrzegana osoba z takim osiągnięciem na świecie, bo doświadczyłam tego w Australii: tam mówiąc, że jestem pisarką wzbudzałam szacunek, zainteresowanie, a czasem wręcz fascynację. Tutaj spotykam się co najwyżej z uprzejmą obojętnością. Ale jak wspomniałam: to nie ja mam być sławna. Pragnę, żeby to moje powieści były znane i lubiane.

Raport o stanie czytelnictwa w Polsce przygotowany przez BN ( za 2015 r.) wykazał, że zajmuje Pani  I miejsce w rankingu najpopularniejszych pisarzy – wyprzedziła Pani takie gorące nazwiska jak S.King czy P. Coelho. Jakie to uczucie być nr 1 w tak prestiżowym rankingu?

(śmiech) Do dzisiaj, a minęło już kilka miesięcy, nie mogę w to uwierzyć! Na szczęście to bardzo obiektywne i miarodajne badania, więc i ranking jest prawdziwy, może więc w końcu uwierzę... Cieszę się i jestem zaszczycona, że moje książki były w 2015  roku najczęściej czytane, dostałam potwierdzenie: tak trzymać. Głosują na mnie Czytelnicy i Czytelniczki, swoimi własnym portfelami. To dla nich piszę i będę pisać. 

Była Pani jedną z pionierek wśród pisarek, które doceniły siłę internetu. Prowadzi Pani bloga, na fanpage'u ma 16 tys. czytelniczek. Wow! Jak to się robi?

Przyznam, że nie wiem. Może wynika to z tego, że od najmłodszych lat, od kiedy pojawiły się PC-ty, miałam swój komputer, uczyłam się programowania, pisałam w TAG-u (czy ktoś pamięta jeszcze ten program?), potem brałam czynny udział w wielu czatach. Dla mnie internet jest czymś tak naturalnym. Gdy moja pierwsza książka została wydana, chciałam się tą radością podzielić z całym światem. Założyłam "Słoneczną Stronę", którą zaczęły odwiedzać dziewczyny podobne do mnie. Z wieloma się zaprzyjaźniłam i przyjaźnię do dziś... Potem zmieniłam tę stronę na łatwiejszy do prowadzenia blog i – to jest niesamowite – w dość krótkim czasie miał on milion odwiedzin, potem dwa miliony... Drugi blog z "Leśną Polaną" w odcinkach odwiedziło w ciągu kilku miesięcy ponad 60 tys osób. Fanpage ma rzeczywiście ponad 16 tys. obserwatorów, bardzo wiele Czytelniczek się na nim udziela... Jak ja tego dokonałam? Chciałam po prostu mieć bliski kontakt z Czytelniczkami, a one chciały mieć bliski kontakt ze mną. Do dziś nam tak zostało. 

Pani Katarzyno – zapoznając się z Pani powieściami policzyłam, że w ciągu 8 lat działalności literackiej popełniła Pani 31 książek! Wychodzi cztery na rok, czyli jedna na kwartał. To w ogóle możliwe?!

No właśnie... "popełniła", słowo z założenia pejoratywne – bo popełnić można morderstwo, grzech, albo życiowy błąd, ale nie książkę – nie oddaje ogromu pracy, jaki wkładam w każdą powieść, od jej napisania - do czego czasem potrzebuję tygodni przygotowań, szukania materiałów źródłowych, oglądania filmów, uczenia się najróżniejszych rzeczy. Robię to sama, nie zatrudniam reasercherek. Sama  robię redakcje, projekty okładek, planuję z wydawcą kampanię promocyjną, czasem przygotowuję do niej filmiki vlogowe czy teledysk,  potem osobiście promuję książki , również na blogu i fanpejdżu. Każda książka wymaga czasu, uwagi, ogromnej koncentracji, by wiele poziomów, wątków i historii nie tylko sensownie rozpleść ale i na koniec spleść w jedną całość. Nie mam pojęcia, jak w 2014 roku udało mi się napisać i wydać chyba 12 książek, ukazywały się co miesiąc... Chyba po prostu muszę to bardzo kochać. 

Musi mieć Pani świetną więź z czytelniczkami, to chyba twardy Pani elektorat. Czytam o Pani  opinie: "królowa emocji", "posiada dar przekazywania emocji", "jak nikt potrafi pisać o uczuciach".  Jak buduje Pani taką relację z czytelniczkami? Jak Pani to robi, że sprawuję rząd dusz? 

Dziękuję za miłe słowa, ale ten "rząd dusz" to chyba za dużo powiedziane. Powiem tak: piszę takie książki, jakie sama chcę czytać. Nienawidzę czytania na siłę, bo "skoro się zaczęło to trzeba skończyć". Książka musi wciągnąć Czytelnika od pierwszej strony i trzymać przy sobie do ostatniej. I tak właśnie piszę: moja książka też musi wciągnąć mnie na samym początku i nie wypuścić aż do końca. "Zapaść się w powieść" to najpiękniejsze uczucie dla Czytelnika i pisarza. Jak to osiągnąć? Pisząc prawdziwie, oddawać powieści własne emocje, przeżywać ją. 

Wróćmy do przeszłości. Skąd się wzięła pisarka Katarzyna Michalak? Na początku była Katarzyna – weterynarz w zoo, prawda? Jak to się stało, ze weterynarz stał się pisarką?

To było zoo w Płocku. Bardzo lubiłam tę pracę, kochałam moich pacjentów, stawiałam sobie za punkt honoru, by "moje" zwierzęta, a było ich ponad trzy tysiące czterystu gatunków skutecznie leczyć, chociaż na początku nie posiadałam ani doświadczenia, ani dostatecznej wiedzy o leczeniu zwierząt egzotycznych. Szybko musiałam się dokształcić i... po prostu zabrać się do pracy, która była szczytem moich marzeń. Potem przyszedł zły czas: trudny rozwód, który trwał niemal dwa lata,  wróciłam do Warszawy i... już żadna praca, nawet w prestiżowej lecznicy nie była tym, co ukochane zoo. Zaczęłam więc szukać innych dróg, innych pasji i tak dotarłam do tej, która była ze mną od dzieciństwa: do pisarstwa...

Słyszałam, że pierwszą  powieść "Poczekajki" poprawiała Pani 8 razy! Wydawnictwa jej nie chciały. Wreszcie wydała ją Pani własnym sumptem. To musiał być trudny czas dla Pani. Były momenty zwątpienia?

Pewnie Panią zaskoczę, ale nie! Przed "Poczekajką" była "Gra o Ferrin", którą poprawiałam kilkanaście razy i wydałam w dwudziestu egzemplarzach dla przyjaciół. Wtedy stwierdziłam, że dokonałam tego: wydałam własną książkę, zobaczyłam swoje nazwisko na okładce i... okej. Nigdy nie miałam "parcia na szkło", czy w tym wypadku "na półkę". Miałam stałą pracę, prowadziłam firmę, więc pisarstwo było dla mnie odskocznią, a nie warunkiem "być albo nie być". Pisałam dla siebie. "Grę o Ferrin" wydałam, "Poczekajkę" napisałam, wysłałam do wydawców. Dwóch było zainteresowanych, ale... to jeszcze nie był jej czas, zrobiłam do niej teledysk, bo o tym też zawsze marzyłam, po czym wrzuciłam książkę do przysłowiowej szuflady i zajęłam się prowadzeniem firmy.  Któregoś dnia, gdy "Poczekajka" ponownie wpadła mi w ręce, zaczęłam ją czytać i pomyślałam: "Kurczę, muszę dać tej książce jeszcze jedną szansę!". Napisałam ją niemal od początku, wydrukowałam w 50 egzemplarzach, dołączyłam płytę z teledyskiem, ponownie wysłałam książkę do wydawców, z kilku propozycji wybrałam tę właściwą i... stałam się pisarką z list bestellerów. 

Nie tęskni Pani do czasów, gdy leczyła zwierzęta w zoo?

Tęsknię do tych zwierząt, ale nie do tych czasów. Zaczynając pracę w zoo jeszcze nie wiedziałam, że nad moją głową już kłębią się czarne chmury i kilka miesięcy później mój świat się rozsypie. Nie chciałabym już nigdy przeżyć czegoś tak strasznego...

Dwa miesiące temu ukazała się Pani ostatnia książka "Leśna Polana", pierwszy tom, "Leśnej trylogii". To jedna z mroczniejszych Pani opowieści – jak przyjęły ją czytelniczki?

Za każdym razem, gdy piszę coś trudnego, obawiam się, jak to zniosą dziewczyny. Bo przecież na początku byłam pisarką od słonecznych Poczekajek i serii owocowej – książek, które może poruszają trudne problemy, Czytelniczki śmieją się przy nich i płaczą, lecz zawsze mogą liczyć na dobre zakończenie. W pewnym jednak momencie uznałam, że chcę napisać coś innego. Coś, co pokaże mroczną stronę mojej duszy, inny rodzaj emocji, inne obawy. I inne zakończenia. Okazało się, że Czytelniczki przyjęły te książki jeszcze lepiej, bo były bliższe rzeczywistości, która nie jest słoneczna i cukierkowa, o nie! Teraz, po "Leśnej Polanie"wiem już, że piszę dla mądrych, wrażliwych kobiet, które zniosą wszystko, byle nie stracić nadziei, że dobro jednak w końcu zwycięży.

W wielu wywiadach podkreśla Pani, że samotnie wychowuje syna. Na koniec więc pytanie –  jak sukcesy mamy przyjmuje Pani syn?

Mój synek ma dopiero pięć lat i zupełnie tych sukcesów nie zauważa. Dla niego mama to mama: odwozi go i przywozi z przedszkola, zmusza do jedzenia, bo to niejadek, czasem się z nim bawi, często siedzi przy komputerze, sama sprząta… Jedyne, co go niekiedy dziwi to to, że widzi mnie jak siadam do pracy wieczorem i, budząc się, widzi, jak nadal siedzę przy biurku, choć jest już nowy dzień. Wtedy wzdycha: "Znów pisałaś całą noc...?".