Jaka kura domowa? Ja żyję według slow life!

Śniadanie z rodziną to u nich świętość. Tak samo jak zdrowy lunch zapakowany mężowi do pracy. Później 38-letnia Marta odwozi dzieci do szkoły i przedszkola, robi zakupy, przygotowuje obiadokolacje. Zanim dzieci wrócą do domu, często robi ekoprzetwory, w których okazała się mistrzynią, choć pierwszy raz ugotowała coś dopiero po trzydziestce. Zawróciła z wyścigu szczurów cztery lata temu. Jej córeczka miała wtedy sześć lat. Odkąd Marta odstawiła ją od piersi i wróciła do pracy, widywała córkę przez kilka chwil rano i wieczorem. Ze żłobka i przedszkola odbierała ją opiekunka. Na przedstawienia w przedszkolu Marta też nie docierała, bo zawsze wypadało jej spotkanie z klientem albo nie mogła przebić się przez korek z drugiego końca miasta.

– To opiekunka słyszała pierwsze słowa Oliwii, widziała jej pierwsze kroki – mówi Marta. – My z mężem harowaliśmy od świtu do nocy w korporacjach, bo chcieliśmy spłacić kredyt za nasze dwa pokoje i kupić dom, żeby było wygodniej. To było idiotyczne myślenie. Marta zmieniła je, gdy Oliwia zachorowała. Ospa, później zapalenie oskrzeli. Opiekunka zrezygnowała
z pracy, Marta musiała pójść na zwolnienie. – Zobaczyłam, co tracę dla kariery – wspomina. – Siedząc w domu, zaczęłam w końcu poznawać własne dziecko. Wtedy też kupiłam pierwszą książkę kucharską, zrobiłam świadome zakupy, bo wcześniej wrzucałam do koszyka półprodukty i faszerowałam rodzinę chemia. Poczułam, ze chce żyć wolniej, spokojniej, dla ludzi, których kocham.

Marta z mężem postarali się o drugie dziecko. Po ciąży już nie wróciła do pracy. – Domu z ogródkiem nadal nie mamy, ponieważ z jednej pensji nie da się za dużo odłożyć – jeśli w ogóle cokolwiek – ale na starość przyjemniej będzie wspominać zabawy z dziećmi niż godziny spędzone w biurze. Skończyłam zarządzanie i filologię angielską, mogłam robić karierę. Ale jeszcze się taki nie urodził, który by na łożu śmierci żałował, że za mało pracował – żartuje Marta.

Całe życie byłam matką Polką - dziś nic z tego nie mam

Bożena od ponad roku codziennie przegląda strony z ofertami pracy. Wysłała już kilkadziesiąt CV, ale zaproszono ją tylko na cztery rozmowy. Z żadnej nic nie wynikło. Ma 51 lat i dwudziestotrzyletnią przerwę w karierze. Skończyła pedagogikę specjalną, po studiach pracowała w świetlicy w szkole integracyjnej. Gdy urodziła pierwsze dziecko, mama namówiła ja, by została w domu. Maż dobrze zarabiał, nie musiała pracować i oddawać dziecka do żłobka. Układ się sprawdzał.

– Miałam świetny kontakt z całą trójka dzieci – mówi Bożena. – Poświęcałam im mnóstwo czasu, pomagałam w nauce, organizowałam rodzinne wycieczki, odwoziłam na zajęcia pozalekcyjne, angażowałam się w życie szkoły, zawsze byłam w trójkach klasowych. Nauczyciele moich dzieci przychodzili do nas na niedzielne obiady. Robiłam to wszystko, żeby dzieci miały w życiu łatwiej. Nigdy nie brakowało mi pracy, bo świetnie realizowałam się jako domowy menedżer. Układ przestał się sprawdzać, gdy najmłodsze dziecko wyfrunęło z domu na studia. – Zaczęłam potwornie się nudzić – przyznaje
Bożena.

– Dzieci jakoś nie ciągnie do domu, wolą siedzieć w Warszawie z nowymi znajomymi. Córki mówią mi, żebym się
wzięła za siebie, zadbała, bo wyglądam starzej niż matki ich koleżanek. To boli, zwłaszcza ze dzieci nie doceniają, ile dla nich zrobiłam. Może faktycznie się zaniedbałam, ale zamiast malować paznokcie, chodzić na fitness i robić sobie maseczki, czytałam z dziećmi książki i piekłam ciasteczka. Żałuje, że postawiłam tylko na rodzinę. Teraz chciałabym wrócić do pracy, bo moje życie zrobiło się zupełnie jałowe. Ale kto przyjmie kobietę po pięćdziesiątce, która ma zaledwie cztery lata doświadczenia zawodowego?

Mąż wydziela mi pieniądze - i co z tego? W pracy miałam o wiele więcej stresów!

Aneta dostaje od męża stałą kwotę na prowadzenie domu. To 400 zł tygodniowo, które wydaje na jedzenie. Codziennie robi zakupy na osiedlowym targu w Radomiu. Znajome handlarki odkładają dla niej najlepszy towar. 34-latka wozi ze sobą elegancki shopper bag na kółkach, żeby nie dźwigać kilogramów mięsa, owoców i warzyw, z których każdego dnia serwuje trzy posiłki dla rodziny. Wydatki na dzieci idą z innej puli, również zarządza nią mąż. Gdy Aneta chce kupić sobie nową sukienkę czy buty, korzysta z konta małżonka, ale wcześniej zawsze uzgadnia z nim swoje plany.

– Koleżanki wytykają mi, ze mam arabski model rodziny, bo jestem totalnie uzależniona – przyznaje. – Ale mnie to nie przeszkadza, jestem z natury oszczędna, nie wydaje na byle co. Nie kłócimy się z mężem o pieniądze. Odkąd jestem na jego utrzymaniu, tylko raz zrobił mi wymówkę o to, że za dużo wydałam na fryzjera. Ale rzeczywiście wtedy przegięłam – poszło aż 300 zł za koloryzacje włosów! Teraz sama nauczyłam się farbować je w domu i żyje z mężem w zgodzie. A te moje wielce niezależne koleżanki mają wprawdzie własne pieniądze, ale muszą znosić fochy swoich szefów, robić nudne rzeczy w pracy, stresować się, czy jej nie stracą, harować na umowach śmieciowych. Ja nigdy się nie martwię o pieniądze. To działka wyłącznie mojego męża i jego odpowiedzialność. 

Aneta skończyła ekonomię. Była księgową w małej firmie, ale po urodzeniu pierwszego dziecka nie wróciła do pracy. Zarabiała niecałe dwa tysiące złotych, nie opłacało się zatrudniać opiekunki, a na pomoc rodziców nie mogli z mężem liczyć. – Nie rozwijałam się w tamtej firmie – mówi. – Nie było mi wiec żal, że poświęcam karierę dla rodziny. Za to świetnie odnajduje się jako pani domu. Cieszę się, gdy gościom smakuje moje ciasto, nie przeszkadza mi, że to ja sprzątam i dbam, żeby było wyprane, wyprasowane. Lubię być kobietą, która wyszykuje dzieci do szkoły, sprawdzi im pracę domową, przyszyje guzik do koszuli męża. A to, że on mi nie pomaga i jestem od niego zależna finansowo? Da się z tym żyć. Nie odmawia mi pieniędzy na ciuch czy kosmetyk, bo wie, ze skoro proszę, to jest mi to naprawdę potrzebne. Odkąd rzuciłam prace, jestem o wiele bardziej zrelaksowana, niż siedząc za biurkiem i mając nad głowa naburmuszonego szefa, który wiecznie miał o coś pretensje i płacił mi grosze.

Bycie kurą domową ogłupia kobietę. Ale można znaleźć system bycia "pomiędzy"

Skończyła turystykę i rekreację, ma dwie córki, zajmuje się szyciem maskotek. – Gdy urodziłam dzieci, uznaliśmy z mężem, że on będzie zarabiał, a ja zajmę się domem – mówi czterdziestoletnia Iwona. – Dopóki dzieci były małe, ten model się sprawdzał. Gdy jednak poszły do szkoły, miotałam się z kąta w kąt, nie mogłam sobie znaleźć miejsca. Wysłałam setki CV do różnych biur, instytucji. Nie dostałam nawet jednej sensownej oferty pracy! 

Iwona nie lubiła się w roli kury domowej. Czuła się gorsza, głupsza od pracujących koleżanek. – Sprzątanie, pranie, gotowanie, ta rutyna mnie zabijała – wspomina. – Byłam skazana na czekanie do wieku emerytalnego, żeby już bez wstydu i poczucia porażki nie pracować. – Po kilku latach Iwona dogadała się z koleżanką, której też nudno było w kuchennym fartuszku. 

– Wymyśliłyśmy, że będziemy szyły przytulanki – mówi Iwona. – Ania ma zdolności manualne, zabrała się więc za projektowanie maskotek, a ja zajęłam się ich rozprowadzaniem oraz promocja. Zaczęłyśmy jeździć na targi, wystawy. Co prawda nie ma z tego kokosów, ale bardzo wciągnął nas ten mały, własny biznes. Dzięki niemu poczułam, ze naprawdę
żyje, odzyskałam utraconą pewność siebie. Teraz sama motywuje siedzące w domu kobiety, żeby się nie poddawały. Mogą przecież się rozwijać, jednocześnie będąc mamami.