W mojej kuchni kilka miesięcy temu nagle spadła wisząca pod sufitem szafka, pełna naczyń, których nie używałam od lat. Kubków, żaroodpornych miseczek, filiżanek i talerzyków.
Dziesięć minut wcześniej jadłam śniadanie, siedząc pod tą szafką. Obok mnie leżał pies. Gdyby spadła chwilę wcześniej, pewnie miałabym złamany kręgosłup, a pies… lepiej nie myśleć, co by się z nim stało. Po tym wydarzeniu wyrzuciłam ¾ naczyń, garnków, dziwacznych kuchennych gadżetów, których nigdy nie wzięłam do ręki. Nie powiesiłam nowej szafki w miejsce tej, która spadła. Nie jest mi już potrzebna. A wywożąc całe kartony naczyń do domu pomocy społecznej, odkryłam, że jest mi z tym lepiej. Że nie potrzebuję aż tyle. Pomyślałam wtedy: a gdyby też odchudzić inne obszary życia? Z toksycznych relacji, z planów, które zrobiłam, a które już przestały mnie pociągać i brnę w nie w myśl zasady, że skoro powiedziało się A...
Tak naprawdę, to niby dlaczego? Czy rzeczywiście muszę napisać doktorat, skoro na myśl o nim ściska mnie w dołku? Czy muszę odwiedzać przyjaciółkę sprzed lat, której nie mam dzisiaj nic do powiedzenia?
Czy naprawdę mniej nie znaczy lepiej – także w relacjach z ludźmi? I czy chwila ciszy i patrzenia w niebo, rozmowy z samą sobą nie są cenniejsze od podróży na modny ostatnio Zanzibar?

Zmęczenie rzeczami

James Wallman, angielski futurolog, człowiek, który zbił majątek na przewidywaniu trendów rynkowych dla największych firm, w swojej książce „Rzeczozmęczenie” pisze o nadmiarze, w którym żyjemy: „Zamiast czuć się bogatsi dzięki przedmiotom, które posiadamy, czujemy się nimi przytłoczeni. Więcej nie oznacza już dla nas, tak jak kiedyś, czegoś pozytywnego. Więcej oznacza więcej kłopotów, więcej obowiązków, więcej powinności. W naszym zabieganym, przeładowanym bodźcami świecie więcej nie znaczy już lepiej. Więcej to gorzej. Przeciążeni, duszący się
nadmiarem, cierpimy na chorobę, którą ja nazywam rzeczozmęczeniem”. I trudno się z tym nie zgodzić...
Wyobraź sobie, że przeprowadzasz się nagle do wielkiej willi z 20 pokojami. Masz w nich miejsce na wszystko, wieszasz na ścianach obrazy swoich ukochanych malarzy, ustawiasz piękne meble. Jesteś szczęśliwa – przez chwilę. Potem okazuje się, że musisz założyć zamki, alarmy i rolety antywłamaniowe i żyjesz w ciągłym strachu o te wspaniałe obrazy. Krzyczysz na dzieci, żeby nie pobrudziły drogich mebli. Płacisz coraz więcej za ogrzewanie, a i tak w domu jest zimno. Spędzasz czas na odkurzaniu i sprzątaniu tych 20 pokoi albo codziennie musisz wcześnie wstawać, żeby wpuścić sprzątaczkę. A potem patrzeć jej na ręce, bo kto wie, czy nie zechce ukraść jakiejś biżuterii. W końcu zamykasz najcenniejsze rzeczy na klucz w jednym z pokoi. 10 kolejnych pokoi też zamykasz, bo przecież wcale z nich nie korzystasz. A cała rodzina i tak najchętniej siedzi przy kuchennym stole.
Teraz popatrz na swoje mieszkanie, kuchnię, szafę, biurko i zawartość torebki tak jak na tę willę. Z ilu rzeczy tak naprawdę korzystasz? Ile z nich nie było nigdy używanych, ile zepsuło się, ale miałaś je naprawić? Przez ile zbędnych przedmiotów w torebce musisz się przedrzeć, żeby wyjąć długopis albo kluczyki do samochodu?
Zadaj sobie pytania: czy ja tego wszystkiego naprawdę potrzebuję? Czy to mnie uszczęśliwia? Jeśli nawet nie pamiętam, co leży upchane na dnie szafy, to czy to jest ważne dla mnie?

Podróż za jeden uśmiech

COVID sprawił, że trzeba było zapomnieć– przynajmniej na pewien czas – o lotach tanimi liniami na szalony weekend w Paryżu czy Rzymie, lenistwie w hotelu all inclusive i zwiedzaniu turystycznych miejsc. Może nadal fantazjujesz o tym, dokąd pojedziesz, kiedy to wszystko wreszcie się skończy? Przeglądasz tęsknym wzrokiem oferty biur podróży?
Zastanów się, czy naprawdę musisz jechać na koniec świata, żeby dobrze odpocząć. Czy tydzień w hotelu na rajskiej wyspie zrelaksuje cię bardziej niż pobyt w wynajętym domku w leśnej głuszy? Przejrzyj zdjęcia ze swoich najwspanialszych wakacji i zastanów się, co sprawiło, że były tak niezwykłe. Towarzystwo? Błogi spokój? Krajobrazy? A może zmęczenie i satysfakcja po górskim marszu?
Jeśli jasno nazwiesz potrzeby, które chcesz zrealizować, wyjeżdżając na urlop, łatwiej ci będzie dobrze go zaplanować. I może okazać się, że wcale nie musisz lecieć na koniec świata. Minimalizm nie oznacza, że masz zrezygnować z hotelu przy plaży, jeśli uwielbiasz pływać czy oglądać zachody słońca nad morzem. Ważne, żebyś realizowała na urlopie swoje własne pragnienia i potrzeby, a nie to, co wmówili ci inni: znajomi, szefowa, sąsiedzi albo cukierkowa reklama w telewizji.
Może się okazać, że chcesz po prostu spokojnie poczytać, pograć z rodziną w scrabble, wyspać się za wszystkie czasy albo jeść codziennie gofry z jagodami. Pamiętasz, jak przez kilka tygodni nawet wyjścia do lasu czy parku były owocem zakazanym? A kiedy znowu na nie pozwolono, na leśnych ścieżkach pojawiły się niespotykane tłumy. Stara mądrość mówiąca, że doceniamy coś dopiero, kiedy to tracimy, okazała się prawdziwa.
Nagle zwyczajny spacer okazał się czymś bardzo pożądanym i przynoszącym mnóstwo radości. Przyjrzyj się, co dla ciebie jest tą prawdziwą przyjemnością.

Odchudzone ambicje

Sama myśl o tym, że miałabyś mniej pracować, porzucić marzenia o podwyżce i awansie, nie zapisywać się na jeszcze jeden kurs albo studia podyplomowe, wywołuje twój nerwowy chichot. Kto nie idzie do przodu, ten się cofa. Nie możesz sobie na to pozwolić. Musisz harować, żeby nie wypaść z obiegu. Kariera to przecież wyścig szczurów i skoro już raz w nim wystartowałaś, to musisz biec, i to najlepiej szybciej niż inni.
Ale czy naprawdę musisz? Czy te ambicje i plany są rzeczywiście twoje? Czasami odpowiedź wcale nie jest oczywista. Oczekiwania rodziców i nauczycieli, ciągłe porównania z rówieśnikami czy historie niebywałych sukcesów innych osób tworzą mozaikę, w której trudno znaleźć własne pragnienia i potrzeby. Twoja mama często ci powtarzała, że tyle dla ciebie poświęciła i chciałaby, żebyś do czegoś doszła? Ale czy to znaczy, że naprawdę marzysz o zajęciu fotela prezesa firmy, w której pracujesz?
Bywa, że pniesz się po szczeblach kariery, nie zastanawiając się po co. Gdzie jest miejsce, w którym chciałabyś się znaleźć, w którym byłoby ci naprawdę wygodnie. Czy to właśnie byłby fotel prezesa? A może im większa odpowiedzialność i związany z nią stres, tym bardziej czujesz, że to nie twoje właściwe miejsce?
Czasami prawdziwą ulgę przychodzi powiedzenie sobie: „Świetnie się czuję tu, gdzie jestem. W moim dziale, z moimi koleżankami i kolegami. Nie chcę być szefem, brać na siebie dodatkowych zadań. Nie będę się ścigać”. A może jeśli przemyślisz swoje zawodowe aspiracje, dojdziesz do wniosku, że jesteś w niewłaściwym miejscu? Że każdego dnia rano coś ściska cię w dołku na myśl o twojej pracy? Nie rzucaj wypowiedzeniem, kiedy to sobie uświadomisz. Po prostu rozważnie zastanów się, gdzie chciałabyś być, żeby żyć spokojnie i szczęśliwie. I co możesz zrobić, krok po kroku, żeby się tam znaleźć.

Znajomi do wymiany

Holenderski socjolog Gerald Mollenhorst stwierdził, że w ciągu siedmiu lat wymieniamy średnio połowę swoich znajomych i przyjaciół. Ich liczba nie zmienia się zasadniczo. Osoby, które miały szeroki krąg towarzyski, ciągle go mają. Ci, którzy najlepiej czuli się w małej grupie dobrych przyjaciół, wciąż mają tę swoją małą grupę.
Ale i jedni, i drudzy wymieniają stopniowo jej skład. Myślisz: „jakie to smutne”? Bo przecież nikt nie zrozumie cię tak jak starzy przyjaciele, którzy są z tobą od dzieciństwa, na dobre i na złe. To prawda, pod warunkiem, że to prawdziwi przyjaciele i że ciągle są ci bliscy. Zdarza się przecież, że spędzasz z kimś czas dlatego, że „tak wyszło”.Bo mieszkacie drzwi w drzwi i macie dzieci w tym samym wieku, bo razem pracujecie i spotykacie się co rano w autobusie, bo macie wspólnych znajomych, którzy oczekują, że się polubicie. Bywa i tak, że z jakiejś relacji po prostu wyrastasz, tak jak z sukienki do komunii. Przyjaciółka z podstawówki, z którą byłyście jak papużki nierozłączki, poszła w zupełnie inną stronę niż ty i dziś czujesz się trochę, jakbyś rozmawiała z kosmitką, która nie rozumie twoich wyborów, rozterek, pasji. Zmuszasz się jednak do podtrzymywania kontaktu, bo przecież łączą was wspomnienia.
Zrób rachunek sumienia. Jeśli łączą was głównie wspomnienia sprzed 20 czy 30 lat, a kurtuazyjne rozmowy są zwyczajnie męczące, może nie ma powodu, żeby się do nich zmuszać? Może ona doszła do podobnych wniosków? Piękne wspomnienia zawsze będą wasze wspólne i będziesz myśleć o niej z czułością i wdzięcznością. Ale to nie znaczy, że musisz spotykać się z nią na kawę co tydzień, do końca życia, w imię przeszłości. W przypadku relacji z ludźmi „więcej” naprawdę także nie zawsze oznacza „lepiej”!
Przyjrzyj się też swoim znajomym na Facebooku. Profesor Robin Dunbar, antropolog i psycholog z Oksfordu, już prawie 30 lat temu doszedł do wniosku, że krąg znajomych jednego człowieka nie może przekraczać 150 osób. Ten wynik nazywa się do dzisiaj liczbą Dunbara, a naukowcy dowodzą, że nawet w erze mediów społecznościowych pozostaje ona niezmienna. Oczywiście, możesz mieć na Facebooku 200, 300 czy 3000 kontaktów – ale czy utrzymujesz z tymi ludźmi jakiekolwiek relacje? Czy rozpoznałabyś ich na ulicy? Czy interesuje cię to, co u nich słychać? Dunbar definiuje znajomych jako osoby, z którymi bez zakłopotania wypiłabyś w barze kawę lub drinka, gdybyście na siebie przypadkiem wpadli. Przejrzyj listę „przyjaciół” na Facebooku i zastanów się, z iloma z nich chętnie wypiłabyś tę kawę, komu z nich miałabyś przy tej kawie coś ciekawego do powiedzenia.
A do kogo mogłabyś zadzwonić,  gdyby nagle skończyła ci się benzyna? O kimś, kto na pewno by nie pomógł, chyba nie warto mówić „przyjaciel”. Czas, który masz na życie towarzyskie – nawet online – jest ograniczony. Jeśli odetniesz kontakty, które ci nie służą, będziesz mieć więcej czasu na to, co ważne. Czyli siebie i twoje prawdziwe życie.

Pudło przejściowe

 

  1. Przeglądasz zawartość szafy i wydaje ci się, że niemal wszystko jeszcze ci się przyda. W takim razie przygotuj dwa pudełka. Do jednego odłóż rzeczy, które na pewno są zbędne i możesz je oddać, sprzedać albo wyrzucić. Do drugiego – te, których co prawda nie nosisz, bo np. są za ciasne, ale przecież wiosną schudniesz i będą jak znalazł. Albo które nosiłabyś, gdybyś miała okazję. Zostaw je tam na rok. Jeżeli czegoś w tym czasie nie wyjmiesz, to znaczy, że na pewno możesz się z tym pożegnać.
  2. Podobnie z kuchennymi gadżetami, dziwnymi urządzeniami do gotowania jajek w mikrofalówce, książkami kucharskimi, których nawet nie przejrzałaś, tuzinem kubeczków, w których nigdy nie wypiłaś herbaty, i zestawem do serwowania sushi, który dostałaś na urodziny 20 lat temu. Komuś na pewno się to przyda, bo jaka jest szansa, że ty użyjesz go po raz pierwszy właśnie w tym roku?
  3. Nie bierz się od razu za oczyszczanie całego domu. Zacznij od jednej szafki albo półki w garderobie czy biblioteczce. Kiedy się z nią uporasz, będziesz miała energię do kolejnych zmian.
  4. Tak też zrób z listą znajomych na Facebooku i kontaktami w komórce. Czy pamiętasz, kim jest Anka Z. albo pan Wiktor? Po co ci telefon do mamy Antka, który chodził do przedszkola z twoim synem, tegorocznym maturzystą? Kontakty, których nie jesteś pewna, wrzuć do osobnego folderu. I znowu – jeśli nie klikniesz w nie przez kwartał czy pół roku, wykasuj je z czystym sumieniem.

Minimalizm na talerzu

Więcej znaczy gorzej – najłatwiej zobaczyć, jak prawdziwe jest to hasło, na swoim własnym talerzu. Jemy za dużo, sięgamy po rzeczy zbyt przetworzone, zbyt tłuste, zbyt słone, zbyt słodkie. W dodatku za szybko, byle jak, połykając w biegu hot doga ze stacji benzynowej. Spróbuj raz dziennie postawić w kuchni na minimalizm. Mały posiłek, zawierający nie więcej niż pięć składników (wśród nich koniecznie trzy warzywa). Starannie przygotowany i pięknie podany. Zero cukru, niewiele przypraw, żadnych gotowych sosów. Szybko się przekonasz, że właśnie ten posiłek sprawia ci najwięcej radości i na niego czekasz najbardziej.

Zobacz również: