Ten film warto zobaczyć co najmniej z pięciu powodów. Pierwszy to udział Liama Neesona, który porzucić role twardziela (nareszcie!) ratującego świat, na rzecz faceta, która zaczyna podążać za szczęściem własnym. Kropka. Drugi - to wspaniałe zdjęcia ( brawo Mike Eley!). Trzeci powód to reżyser-debiutant. Jest nim znany brytyjski aktor James D’Arcy, który do tej pory stał z drugiej strony kamery, m.in. w „Dunkierce” Christophera Nolana. Czwarty powód – to miejsce. Urzekająca Toskania, kusząca krajobrazami, słońcem, winem i risotto. I wreszcie powód piąty – to spotkanie na planie filmowym Liam Neeson i jego syn  Michael Richardson, którzy  zagrali ojca i syna.

Podobno scenariusz „Włoskich wakacji” dojrzewał w głowie D’Arcy’ego dziesięć lat. Pierwszą inspiracją stał się jego pobyt we Włoszech. To uniwersalna opowieść o rodzinie, miłości i potrzebie porozumienia się. Historia ojca i syna, którym od pewnego czasu nie jest ze sobą po drodze. Robert (Liam Neeson) i Jack (Michael Richardson) przyjeżdżają do Toskanii, by pozbyć się spadku jaki obu mężczyznom zostawiła zmarła żona pierwszego, a matka drugiego. To stara willa, która prawie dwadzieścia lat stała pusta. Na miejscu okazuje, że nic nie jest takie na jakie wygląda. Owszem, dom można sprzedać, ale wcześniej trzeba by go wyremontować. Przymusowe wakacje Roberta i Jacka potrwają więc znacznie dłużej niż każdy z nich zakładał. A czas  rozciągnięty daleko poza terminy deadline'ów obu mężczyzn staje się szansą, by na nowo określić wzajemne relacje, podjąć zerwane więzi, zacząć wszystko od nowa.

"Włoskie wakacje" to również czuła opowieść o zmaganiu się ze stratą bliskiej osoby, przechodzeniu żałoby. Temat jakże bliski Liamowi Neesonowi i jego synowi Michaelowi. 11 lat temu sami przechodzili traumę straty, gdy w wyniku nieszczęśliwego upadku na narciarskim stoku zmarła Natasha Richardson, żona Liama i matka Michaela.
Nie przegapcie tej uroczej obyczajowej komedii.