Danusiu, z jaką myślą obudziłaś się dzisiaj rano?

Zaskoczyło mnie, że w nocy stopniał śnieg... Śnieg kojarzy mi się z dzieciństwem, co roku bardzo na niego czekam. Mam wiele pięknych obrazków z czasów wczesnej młodości, które zachowałam w pamięci. Jeden z nich to właśnie zima, świat zasypany na biało, a mój brat i ja idziemy z tatą do lasu po choinkę. Przez zaspy, zapadając się chwilami po pas w śnieg. Po drodze mijamy jakąś opuszczoną starą, rozsypującą się chatkę. Tata zaczyna swoją opowieść o Marchewniku, który ją zamieszkuje, jednym z bohaterów wymyślanych przez niego bajek. A potem cała rodzina siedzi w jednym pokoju, bo tylko tam był piec kaflowy. Na zewnątrz trzaskający mróz, w domu ciepło, bezpiecznie.

Zawsze o poranku znajdujesz czas na takie refleksje?

To zależy od dnia. Czasami budzą mnie konkretne zadania: próba w teatrze, zdjęcia,wizyta u lekarza i tak dalej. Wtedy się mobilizuję,bo muszę wyjść z domu o konkretnej godzinie. Ale kiedy dopada mnie nadmiar obowiązków, czasem „zawieszam się”. Aktorka oderwana od rzeczywistości? Nie, nie oderwana. Po prostu mój czas trochę inaczej płynie. Córki i mąż śmieją się, że rozciągam go jak gumę. I za każdym razem jestem zaskoczona, kiedy, boleśnie dla mnie, wraca do swoich rozmiarów. Poza tym nierzadko na drodze do wykonania jakiegoś zadania coś innego przykuwa moją uwagę, robię krok w boczną uliczkę i zawieruszam się. To najwyraźniej widać, gdy mam wolny dzień. Wstaję rano i ustalam ze sobą plan działania, po czym idę do kuchni po wodę z miodem, pyłkiem pszczelim i sokiem z cytryny, którą popijam podczas ćwiczeń. Ale wtedy moje oko pada na przykład na rzeczy do prania, więc idę po kolejne do sypialni, tam biorę do ręki telefon, by posłuchać przy okazji swoich ulubionych audycji radiowych na podcastach, i zauważam nieodebrane sms-y. Czytam je, zaczynam na nie odpowiadać, co wiąże się z pytaniami, które muszę zadać przez telefon, i zajrzeniem do terminarza, który mam w iPadzie. Tam znajduję maile, niektóre na przykład z fakturami do opłacenia, więc wchodzę na konto, przypomina mi się, że muszę zrobić przelewy... W rezultacie orientuję się, że minęło kilka godzin. Nadal siedzę w piżamie, przed ćwiczeniami, z nietkniętymi zadaniami, które miałam zaplanowane. (śmiech)

I nie masz z tego powodu wyrzutów sumienia?

No nie ułatwia mi to życia, choć kilka lat temu bardziej mnie to uwierało. Czułam, że marnuję czas. Teraz pracuję nad tym i kiedy mam do wykonania jakieś konkretne zadania, staram się to pohamować. Natomiast im bardziej jestem zapracowana, tym więcej daję
sobie swobody, kiedy mam dni wolne. Przy tym mój wewnętrzny rytm jest już inny.

Dlaczego?

Funduje mi to biologia, ale sama też zmusiłam się, by zwolnić. Uznałam, że niepotrzebnie tak biegnę, że przelatuję przez życie jak pies przez pole. Zobaczyłam, jak ważne są dla mnie proste przyjemności. To, że można znaleźć chwilę, by poczytać do woli, posiedzieć z bliskimi i nagadać się przy herbacie. I nie myśleć w wolnym czasie, ile mam do zrobienia, z czym się nie wyrabiam, dokąd muszę jeszcze pojechać, zadzwonić.

Łatwo odpuścić, kiedy jest się u szczytu kariery?

Kiedyś towarzyszył mi lęk. Miał on swoje źródło w przekonaniu, że nie wszystko jest dane na zawsze, że pewnego dnia zostanę wypluta przez ten zawód na bocznicę. Pamiętam wywiad, którego Meryl Streep udzieliła tuż przed 50. urodzinami. Powiedziała, że jej czas jako aktorki się kończy, że pojawiają się młodsze i ona zdaje sobie sprawę, że powoli schodzi z boiska. W jej przypadku szczęśliwie się to nie ziściło, ale nawet ona, z jej pozycją, miała takie myśli.

A Ty odczuwasz, że dostajesz teraz mniej propozycji?

Na pewno mniej niż 10 czy 20 lat temu. Wtedy byłam w takim wieku, że mogłam zagrać swoją rówieśniczkę, ale też kobietę dużo młodszą, dzięki łaskawości natury, i – odpowiednio ucharakteryzowana – dużo starszą. Jednak obecny stan mnie nie martwi. Powiedziałabym nawet, że ostatnio grałam za dużo. Wolałabym dostawać mniej propozycji, grać ciekawe, bardziej wymagające role i móc się na nich skupić, niż pracować tak bez wytchnienia.

Nie żałujesz, że nie możesz już zagrać młodej dziewczyny?

Nie. Taka jest kolej rzeczy i nie walczę z tym. Poza tym akceptuję siebie teraz bardziej niż wtedy, gdy byłam młodą dziewczyną. Co więcej, ja siebie lubię – ze wszystkimi niedoskonałościami. Wiek jest przecież składową każdego człowieka, nie ma sensu się temu sprzeciwiać. Ani go zakłamywać. Przeszłość, związane z nią doświadczenia są naszym bogactwem. Jeśli już coś mnie smuci, to nie metryka, ale przemijanie. Nie lubię, kiedy coś się kończy. Od dziecka miałam z tym problem. Tak samo opłakiwałam koniec roku szkolnego jak koniec wakacji. Teraz może nie płaczę już tak często jak wtedy. Ale ogarnia mnie smutek, kiedy na przykład spektakl schodzi z afisza czy po zakończeniu zdjęć żegnam się na zawsze z moją postacią i rozstaję z ludźmi, których polubiłam.

Podczas 30. urodzin też płakałaś. 

(śmiech) Skąd wiesz? Obudziłam się rano z poczuciem, że wszystko, co najlepsze, właśnie minęło. Początek października, za oknem
deszcz, ciemne chmury. Mieszkałam wtedy w Warszawie, w wynajętym pokoju. Mąż został w Poznaniu, więc czułam się samotna. Wchodząc do Teatru Dramatycznego, gdzie wtedy pracowałam, spotkałam Jurka Satanowskiego. Zapytał, dlaczego mam taką minę. Popatrzyłam na niego i bąknęłam: „Dzisiaj kończę 30 lat, beznadzieja”. On parsknął śmiechem i powiedział po prostu, że wszystko, co najlepsze, dopiero przede mną.

Miał rację?

Tak.

Mówisz, że Twoim życiem rządzi przypadek. Lubisz to?

Aktorką zostałam z przypadku. Wpadłam w ten zawód jak śliwka w kompot, nieoczekiwanie dla siebie samej, dzięki ludziom, których spotkałam na swojej drodze. A teraz nie wyobrażam sobie siebie poza moim zawodem.

Im jesteś starsza, tym częściej zdarza Ci się myśleć z sentymentem o przeszłości?

Z tym chyba się urodziłam. Mieszkając w Trójmieście, często jeździłam kolejką elektryczną pomiędzy Gdańskiem, Gdynią i Sopotem. Pewnego dnia zorientowałam się, że odruchowo siadam na miejscach usytuowanych tyłem do kierunku jazdy. I tak jest do dziś. Lubię patrzeć wstecz na odchodzący krajobraz. Tak samo z sentymentem wracam o czasów swojego dzieciństwa. Wychowałam się w małej wsi Gowidlino na Kaszubach, gdzie nie było nic poza szkołą, sklepem, kościołem i pięknym jeziorem, nad które dzieciaki ciągnęły i latem, i zimą. W najpiękniejszym miejscu na świecie.

Rodzice wychowali Cię na przebojową i pewną siebie?

Nauczono mnie, że nie wypada się chwalić, mówić o swoich osiągnięciach, że jeśli naprawdę będę w czymś dobra, zostanę doceniona. Na zasadzie: „Siedź w kącie, a znajdą cię”. Myślę, że odziedziczyłam to również w genach po mamie. Kiedy zaproponowano jej, nauczycielce rosyjskiego, stanowisko kierownika
szkoły, zamiast ucieszyć się z awansu, powiedziała przedstawicielowi kuratorium, że się boi. Bo nie wie, czy się do tego nadaje. Sztafeta pokoleń trwa – ja przejęłam to po niej, a po mnie moje córki.

Nie tęskniłaś za życiem w wielkim mieście?

Dopóki mieszkałam w Gowidlinie, czułam się fantastycznie. Miałam wszystko, czego potrzebowałam do szczęścia. Z domu wyprowadziłam się po szkole podstawowej i zamieszkałam w internacie w mieście powiatowym, w Kartuzach. Na początku strasznie się bałam, bo zaczął się etap odcinania pępowiny. Rodziców widywałam raz w tygodniu, w sobotę. W niedzielę po obiedzie wracałam z wałówką pekaesem do Kartuz. Na co dzień nie miałam przy sobie spódnicy mamy, której mogłabym się chwycić. Byłam zdana sama na siebie, a nie należałam do przebojowych. To zderzenie ze światem okazało się dla mnie trudne – nie potrafiłam odnaleźć się w mieście, czułam się tam jak uboga krewna. Sporo energii zmarnowałam na maskowanie w sobie dziewczyny ze wsi.

O tym, że będziesz aktorką, pomyślałaś dopiero w liceum?

Nie brałam tego w ogóle pod uwagę. Aktorstwo wymyśliła dla mnie moja polonistka w liceum, pani profesor Philipp. Pytanie, dlaczego, co miało na to wpływ, pozostanie bez odpowiedzi. Nigdy go jej nie zadałam i niestety już nie zadam, bo odeszła. Najpierw namawiała mnie na szkołę teatralną we Wrocławiu, ale kiedy stwierdziłam, że tam nie pojadę, powiedziała mi o studium w Gdańsku. Niestety w roku mojej matury nie przeprowadzono naboru. Dlatego wróciłam do swoich pierwotnych planów, podjęłam pracę w szkole podstawowej z zamiarem studiowania w tym kierunku – chciałam, tak jak mama, zostać nauczycielką. Rok później znajomy podsunął mi artykuł w gazecie z informacją o rekrutacji do studium, tłumacząc, że powinnam spróbować, żeby zamknąć ten temat i kiedyś nie żałować. Wiedziałam, że spróbuję tylko raz, a jeśli się nie uda, wracam do szkoły. Ale udało się.

Jakie emocje towarzyszyły Ci podczas pierwszych występów?

Były za każdym razem okupione wielkim stresem, choć w pewnym momencie zdałam sobie sprawę, że stojąc na scenie, czuję wielką siłę. Nie wierzyłam w siebie. I nawet jeśli podczas kolejnych spotkań w kolejnych projektach przekonywałam się, że jestem równorzędnym partnerem aktorów, których podziwiałam i wydawali mi się niedoścignieni, na każdym etapie mojego życia licznik wiary w siebie się zerował. Niepewność wracała na swoje stare miejsce, a ja do punktu wyjścia. Zwłaszcza po przeprowadzce do Warszawy.

Zmieniłaś się dla siebie czy dla męża?

Zmieniało mnie życie, a głównie praca. Każda premiera „zjadała” mnie po trochu. W Warszawie moje życie nagle przyspieszyło: urodziłam
dzieci, dostawałam coraz więcej propozycji. Intensywność doświadczeń, nowe wyzwania i stres sprawiły, że z roku na rok było mnie coraz mniej. (uśmiech) Potem w ogóle przestałam zwracać na to uwagę.

Twój mąż też jest aktorem. Tworzycie artystyczny, emocjonalny dom?

Twórcze spięcia podczas pracy nad jego czy moją rolą zdarzały się nierzadko. Do dziś, kiedy mam wątpliwość, kiedy sobie nie radzę, proszę Janusza, żeby przeczytał scenariusz. Potrzebuję rozmowy, by pootwierać w swojej głowie klapki. Lubię te nasze domowe „warsztaty”.

Dom to dla Ciebie synonim bezpieczeństwa, Twoja ostoja?

Tak. Ludzie, którzy tworzą ten dom.

A przedmioty?

Mam naturę chomika. Sentymentalnego chomika. Nie wyrzucam listów, kartek pocztowych, bilecików, karteczek zostawianych
w drzwiach czy za wycieraczką samochodu, przedmiotów, które noszą w sobie jakąś ważną dla mnie historię... Nie umiem się z tym rozstać. Od 1994 roku na przykład mam dość sporych rozmiarów kamień ze styropianu – element scenografii służący w górach do maskowania sprzętu filmowego. Dostałam go, z podpisami, jako prezent urodzinowy od ekipy w Zakopanem, podczas zdjęć do „Prowokatora”, mojego kinowego debiutu. Przez lata zmieniał ze mną mieszkania i jeśli nikt z domowników go nie wyrzucił, nadal powinien być na strychu.

Co chciałabyś powiedzieć sobie za 20 lat? Jaką siebie spotkać?

Za 20 lat chciałabym przede wszystkim móc spotkać siebie. A jaką? Pełną radości życia i harmonii wewnętrznej, otoczoną dobrymi ludźmi.

Rozmawiał Damian Gajda.

***

Chcesz zobaczyć Danutę Stenkę na ekranie, ale w domowym zaciszu? Dziś do sprzedaży trafił najnowszy numer dwutygodnika "Gala" z hitem kinowym "Planeta Singli 2" na DVD! Danuta Stenka gra w nim Krystynę Kwiatkowską, mamę głównej bohaterki Ani Kwiatkowskiej (Agnieszka Więdłocha). Poniżej do obejrzenia zwiastun filmu :)