Z Urszulą Dudziak rozmawia Anna Dmowska

Pani nie ma czasu się zestarzeć? Patrzę na Panią na scenie, w telewizji, jak nie „Bitwa na głosy”, to „The Voice Senior”, czytam w internecie: wokalistka jazzowa debiutuje jako raperka

Urszula Dudziak: Ciągle jestem w ruchu. I nie ukrywam swojego wieku. W październiku kończę 78 lat. Ciekawe, że gdy o tym mówię, często słyszę: nie przyznawaj się, nie wyglądasz na tyle. A dlaczego mam nie mówić? Ja noszę swój wiek jak koronę. Królewską, nie cierniową. Patrzę na to, co dzieje się wokół operacji plastycznych, i nie rozumiem, dlaczego wszyscy mamy się wygładzać, likwidować zmarszczki. W ten sposób niszczymy piękną mapę życia wyrysowaną na naszych twarzach. Nie jestem przeciwniczką poprawiania siebie, mówię tylko o zachowaniu umiaru, niepopadaniu w chorobliwe wygładzanie.

Jest w Pani zgoda na upływ czasu?

Urszula Dudziak: Absolutna! Wiem, że mnie nie omija. Widzę i czuję. Ale staram się jak najdłużej być w dobrej formie.

Czyli co Pani robi?

Urszula Dudziak: Po pierwsze, wyprowadziłam się na wieś. Mieszkam na Podlasiu. To jest miejsce wyjątkowe. Cywilizacja zatrzymała się przed laty. Mam bardzo miłych sąsiadów. Wioseczka jest malutka, ze trzydzieści gospodarstw, dokładnie jeszcze nie policzyłam. Czysta ziemia, są w niej amonity. Nie jest zbyt urodzajna, to V i VI klasa. Powietrze jak kryształ, bo nie było tu i nie ma przemysłu. Nasza wieś jest zaułkowa. Niech pani sobie to wyobrazi: szosa, po jednej stronie pola, po drugiej domy, a 200 metrów dalej świat się kończy. Można skręcić w prawo albo w lewo i wjechać do lasu, czyli nie ma przejazdu. Dlatego naszą szosą jeździmy tylko my, mieszkańcy wioski.

Zobacz również:

Ale jak to się stało, że Pani ze swoją wielkomiejską naturą osiadła na wsi? Wszędzie zakotwiczała Pani w centrum, czy była to Zielona Góra, Nowy Jork czy Warszawa.

Urszula Dudziak: Od dawna już nie imponują mi wieżowce na Manhattanie, chociaż Manhattan kocham. Ludzie często pytają mnie, czy tęsknię za Nowym Jorkiem. A ja w ogóle nie wiem, co znaczy tęsknota w sensie, że czegoś mi brakuje. Bo mi niczego nie brakuje. Mogę też przecież podróżować. Teraz, w pandemii, to utrudnione, ale myślę, że niedługo jakoś się ułoży. A swoją drogą, ciekawa sprawa ta moja wyprowadzka ze świata miejskiego na wieś. Przewidział ją kiedyś Leszek Weres, jeden z najlepszych astrologów. W 1996 roku przyjechałam do Łodzi z koncertem. Wiedziałam, że on tam mieszka. Dostałam adres z informacją, że na horoskop czeka się dwa lata. Pokręciłam głową: „Jak to dwa lata? Tyle czasu to ja nie mam!”. A ponieważ nie odpuszczam, poszłam pod wskazany adres. Pukam do drzwi, otwiera mi facet w szlafroku i na mój widok krzyczy: „Ulaaaa!”. No to ja odkrzykuję: „Leszek!”. Od tego zaczęła się nasza przyjaźń. Leszek postawił mi horoskop i powiedział, że w moim życiu będzie taki moment, gdy zmęczę się podróżowaniem. Zatęsknię za tym, by posiedzieć w jednym miejscu. „I wtedy zaczniesz pisać książki”, powiedział. A ja na to: „Teraz to dałeś ciała. Jak to pisać? W ogóle nie mam takich planów. Owszem, piszę pamiętniki, ale tylko dla siebie”. Ale on ciągnie: „A wiesz, jakie jest dla ciebie najlepsze miejsce?”. Wtedy mieszkałam w Nowym Jorku. Weres powiedział: południowa Francja. „Dlaczego akurat tam?”, spytałam. Tylko się uśmiechnął. Minęło kilka lat. Koncertuję na południu Francji. Mieszkam w luksusowej willi należącej do właściciela klubu, w którym śpiewam. Zmierzcha. Siedzę na tarasie, przede mną po horyzont pola lawendowe. Cykają cykady. Gdy to teraz pani opowiadam, mam dreszcze. Jestem w raju, mówię. W najpiękniejszym miejscu na świecie. Poczułam pełną synchronizację z ziemią, przyrodą. Kilka lat temu, gdy odwiedziłam moją przyjaciółkę na podlaskiej wsi, poczułam dokładnie to samo. I kupiłam ziemię, zbudowałam dom. Niedawno siedzę u siebie na tarasie. Patrzę na pole łubinów, na las dalej i myślę, jestem we Francji. Przeniosłam ją na moje Podlasie. Danusia, moja siostra, przyjeżdża do mnie ze Szwecji i nie chce wyjeżdżać. Jest sześć lat ode mnie młodsza, ma niesamowitą energię…

Jeszcze większą niż Pani?

Urszula Dudziak: Chyba nie, bo jeśli chodzi o energię, Danusia wciąż mnie pyta: „Jak ty to robisz? Skąd masz tyle pary?”. Bo ja ciągle jestem w ruchu.

To co jeszcze nie pozwala się Pani zestarzeć?

Urszula Dudziak: Zmiany. Lubię, gdy wokół mnie coś się dzieje. Na przykład siedzę na wsi, dzwoni moja menedżerka: „Ula, masz wywiad do Claudii, przyjedziesz do Warszawy?”. Z największą przyjemnością. Biorę samochód i jadę do Siedlec. Tam przesiadam się w pociąg, a po godzinie jestem na Centralnym. Spędzam w Warszawie weekend. Bywa też tak, że przyjeżdżam do stolicy na kilka godzin, załatwiam sprawy i wracam do siebie. Kocham być w ruchu.

A miłość? W późnym wieku pojawiła się w Pani życiu, choć nie zabiegała Pani o nią. Poznała Pani Bogdana, kapitana żeglugi wielkiej…

Urszula Dudziak: To prawda. Najlepiej związek z Bogusiem skomentowała moja córka Kasia: „Mamo, nareszcie masz żonę, bo Boguś umie w domu zrobić wszystko”. Nie zabiegałam o to, by znowu być z kimś. Zbyt byłam zajęta sobą, koncertami, nagrywaniem płyt, programami telewizyjnymi. Wokół mnie było mnóstwo ludzi, nie czułam się samotna. Wiem, że są kobiety, które bardzo potrzebują mężczyzny. Ja do nich nie należę. Należę raczej do tych, które uważają, że tak, jak jest, jest cudnie. Ale spotkałam Bogusia i okazało się, że w moim życiu zrobiło się jeszcze lepiej (śmiech). Boguś cały czas mnie zaskakuje. Jesteśmy razem już 7 lat. Szczęśliwi. To dzięki trosce i uczynności. Nie opuszcza nas poczucie humoru. Dam przykład. Niedawno byliśmy w Janowie Podlaskim. Po koncercie w hotelu zaczęło się piękne party. Boguś był zmęczony i o północy poszedł spać. Zostałam z towarzystwem. Fajnie nam się gadało przy winie. W pewnym momencie spojrzałam na zegarek: dochodziła 5 rano! Mówię: „Słuchajcie, ja już podziękuję, pójdę spać”. Otwieram drzwi do pokoju hotelowego i widzę: Boguś leży w łóżku, sprawdza coś w telefonie. Podnosi wzrok na mnie i mówi: „Ula, ty już jesteś ubrana? Już jedziemy do Warszawy? To ja szybko się ogarnę!”. Rzuciłam się na łóżko i przez 20 minut nie mogłam przestać się śmiać. Bo Boguś każdą sytuację potrafi obrócić w żart. A przecież jego reakcja mogła być zupełnie inna. Mógłby być urażony, mieć pretensje. Albo inna sytuacja. Ostatnio mi się przytyło, mówię do Bogusia: „Patrz, jakie mam na brzuchu oponki”, a on na to: „Przynajmniej nie utoniesz!”. I jak go nie kochać!

Jest jeszcze sport. Też trzyma Panią w dobrej kondycji.

Urszula Dudziak: A jakże! Z Bogusiem gramy w tenisa. Mamy zacięte mecze. Na początku naszej znajomości to ja wygrywałam. Nawet podejrzewałam, że Boguś daje mi fory. Udaje, żebym się cieszyła. Ale ostatnio się rozkręcił i bywa, że przegrywam. We wsi korzystamy z kortu znajomej. Ale planujemy, by w przyszłym roku wybudować sobie własny. Jeździmy po Polsce na różne turnieje tenisowe. Sport jest ważnym elementem naszego życia. Jeździmy rowerami po lesie, biegamy, nawet wiosłujemy po rzece. Jesteśmy bardzo aktywni. Nie odpuszczam też spraw artystycznych. Na poddaszu urządziłam sobie studio nagrań. Trzymam tam całe archiwum. Sortuję, przebieram, piszę, gram, komponuję. Razem z Bogusiem gotuję. A potem jem. Muszę się kontrolować, bo jestem bardzo łakoma. Ja nie jem, pani Aniu, tylko żrę! To wręcz zahacza o uzależnienie. Ale jak nie jeść, jak takie dobre! Mamy dwa hektary ziemi, siejemy, uprawiamy warzywniak, sadzimy ziemniaki…

Jak to?! Jedna z największych wokalistek jazzowych świata uprawia ziemniaki?!

Urszula Dudziak: No tak. Mamy na wsi wszystko! Pomidory, ogórki, selery, pory, marchew, pietruszkę, koper, buraczki. Część pola obsialiśmy łubinem, posadziliśmy ziemniaki. Z ziemniaków nawet zbieram stonkę. Robimy sobie zawody z Bogusiem, kto zbierze więcej. Jak przyuważę, że Boguś o 7 rano już wyszedł na pole i zbiera, to jest reprymenda. No bo przecież mamy zawody, więc musimy mieć równe szanse. A jak on nazbiera pierwszy, co zostanie dla mnie? (śmiech) Po lipcowych nawałnicach podmyło nam pole, musieliśmy przykrywać bulwy, by nie zzieleniały. Pracuję w moim warzywniaku, wiosną sieję, potem pikuję, pielę.

A ten łubin to po co?

Urszula Dudziak: Zostanie przeorany, w przyszłym roku posadzimy tam ziemniaki. Wystąpiłam też o pozwolenie na uprawę konopi siewnych.

To ile kroków pokonuje Pani dziennie? 10 tysięcy, jak zalecają dietetycy?

Urszula Dudziak: Różnie. Czasami tylko 5-6 tysięcy. Dziesięć tysięcy wychodzi, gdy zabieramy psy na spacer i obchodzimy wieś dookoła. Ale z psami musimy uważać, bo potrafią puścić się w pościg za sarną i jest kłopot. Nie ma ich kilka godzin, a ja się denerwuję.

Wiercipiętą to była Pani chyba od dziecka? W Pani książce „Wyśpiewam wam więcej” znalazł się opis ucieczki z domu. Skończyło się na kilkugodzinnym pobycie w stodole…

Urszula Dudziak: Miałam wtedy cztery lata. Zawsze gdzieś mnie nosiło. Gdy chodziłam do szkoły podstawowej, mieszkaliśmy w Zielonej Górze, wypuszczałam się na rowerze na łąki. Miałam tam ulubiony stary dąb. Wdrapywałam się na niego i marzyłam. Byłam wtedy zakochana w cyrku i chciałam zostać cyrkówką. Gdy przyjeżdżały wozy, namiot rozstawiano niedaleko naszego domu. Podkochiwałam się w chłopakach, którzy żonglowali. Któregoś roku pojawiła się dziewczyna grająca na dzwoneczkach. Chciałam być taka jak ona. Kochałam wycieczki, byłam aktywną harcerką, miałam 32 sprawności. Teraz myślę, że już sama chęć bycia w ruchu pomaga mi zachować dobrą formę. Od kilku lat moja stała marszruta to: moja wieś – centrum Warszawy – Nowy Jork. Jeszcze zahaczam czasem o Szwecję, bo tam mieszka mój brat i siostra.

fot. Marcin Klaban

Tę niespożytą energię, witalność odziedziczyła Pani po rodzicach? I bakcyla muzyki?

Urszula Dudziak: Nasz dom był muzykujący. Mama nauczyła się grać na pianinie, a tata inżynier – na gitarze. Byłam w przedszkolu, gdy dostałam akordeon. Pamiętam, jak w domu odbywały się prywatki. Puszczaliśmy płyty na patefonie, często leciał Mieczysław Fogg. A ja na akordeonie grałam melodie partyzanckie. Niestety akordeon nie przetrwał, ku mojej rozpaczy spadł z szafy i się roztrzaskał. Teraz mam akordeon zawodowy. I czasami sobie gram.

Tata zaszczepił w Pani też zamiłowanie do sportu. Jeździła Pani z nim na zawody żużlowe.

Urszula Dudziak: Tata sędziował i zabierał mnie na stadion żużlowy w Zielonej Górze. Byłam dumna, że chłopaki tak pięknie jeżdżą, a tata tak pięknie sędziuje. Wtedy kochałam się w żużlowcach. Jeden szczególnie przypadł mi do serca. Nazywał się Ptaszek. Minęło z pięć dekad, jestem na zawodach żużlowych w Zielonej Górze i opowiadam grupie ludzi o zawodniku Ptaszku, o tym jak się w nim kochałam. Następnego dnia dostaję maila: „Pani Urszulo, Ptaszek to mój dziadek. Niestety już nie żyje”. Takie historie mi się przydarzają.

Jest Pani wojennym dzieckiem, dorastała w biedzie, w Polsce niedoborów.

Urszula Dudziak: To zostało we mnie. Gromadzę, zbieram, chomikuję. Kocham szmateksy. Mam dwa ulubione w Warszawie niedaleko placu Unii Lubelskiej. Ale już do nich nic nie oddaję, tylko łowię okazje. Bo zdarzało się, że coś przynosiłam, a po kilku dniach odkupowałam. Ostatnio zachwycałam się butami, które dwa dni wcześniej przyniosła do szmateksu moja siostra. Kolekcjonuję ciuchy, ale od czasu do czasu robię remanent i wyrzucam. A potem zaczynam chodzić po domu, przetrząsać szafy: gdzie są te żółte spodnie? I nagle olśnienie: przecież je oddałam. A teraz by się przydały.

Pogoda ducha i humor pomagały Pani w trudnych momentach życia. Emigracja, rozwód, sama z małymi córkami w USA, nie było łatwo…

Urszula Dudziak: Zawsze wychodziłam na prostą. Pomogło mi umiłowanie życia i wiara we fluktuację. Uważam, że nie może być zawsze źle. Tak jestem skonstruowana, że gdy jest dobrze, to nie myślę, że za chwilę będzie źle. A gdy jest źle, to wiem, że to minie i będzie dobrze. Miałam trudne okresy w Nowym Jorku, w piersiach czułam gulę. Żyłam, a co ciekawsze, śpiewałam ze ściśniętym gardłem. To cud, że mogłam. Widocznie otwierałam się poprzez muzykę. I tylko czekałam, kiedy tej guli się pozbędę. Bo ja zawsze jestem dobrej myśli.

I nigdy nie ma Pani dosyć?

Urszula Dudziak: U mnie nie ma granic. Kocham wszystko, co robię. Ale liczę się z tym, że przyjdzie taki moment, że trochę wyhamuję. Stanę się bardziej wybiórcza.

Wierzy Pani w to?

Urszula Dudziak: Nie, nie wierzę! (śmiech) Głupstwa gadam. Chyba to się nie stanie.

Nie da się Pani zepchnąć do roli biernej obserwatorki życia?

Urszula Dudziak: Nieee! Ja jestem liderką! Rządzę, ale w domu robię to sprytnie, delikatnie, by Bogusia nie podłamać. Mam na niego metody, np. mówię: „Nie umiem tego zrobić, może byś mi pomógł”. A przecież wiem, jak to zrobić. Bo z facetami trzeba delikatnie, miło, ale dobitnie. Oni chcą sprawiać nam radość, troszczyć się o nas, ale czasami nie wiedzą jak. Wierzę w mężczyzn, ale uważam, że patriarchat się kończy. Za długo trwa, zatoczymy koło i wrócimy do matriarchatu. Żyjemy w innych warunkach niż pół wieku temu. Kobiety nie muszą rządzić światem, ale chodzi mi o sprawiedliwość, o równość, dopuszczenie nas do głosu. W naszej cywilizacji wszystkie prawa stanowili faceci, zdecydowali, jak ma wyglądać świat, którego połową jesteśmy my, kobiety. Równowaga została zaburzona. To niedopuszczalne. Wystarczy spojrzeć na przyrodę, w niej panuje i równowaga, i porządek.

A córki też są takie bojowe, odziedziczyły po Pani energię?

Urszula Dudziak: Tak, to urodzone liderki. Kasia ma szkołę dla kobiet na Manhattanie, prowadzi warsztaty z samorozwoju. Mika poszła w moje i Michała ślady, koncertuje, nagrywa płyty.

Ucieszyły się, że Pani nie jest sama?

Urszula Dudziak: Bardzo! Kasia powtarzała: „Mamo, łazisz wszędzie z koleżankami, przydałby ci się facet”. „W życiu!”, odparłam. A potem spotkałam Bogusia. Najwyraźniej jestem w czepku urodzona (śmiech). Mówiąc serio, na to, gdzie i z kim jestem, wpłynęły moje decyzje i wybory. Pozbyłam się złych nawyków, odrzuciłam stereotypy, np. że facet nie może być młodszy. Mój jest, bo równolatkowie za mną nie nadążają! Rozglądam się, cały czas się uczę. Im jestem starsza, tym uważniejsza, tak jakbym chciała nadrobić stracony czas. Dużo czytam, przytargaliśmy na wieś mnóstwo książek.

A jak reagują na Panią sąsiedzi?

Urszula Dudziak: Różnie. Musiałam nauczyć się miejscowych zwyczajów. Gdy zamieszkaliśmy we wsi, zostaliśmy zaproszeni na urodziny do sąsiada. Potem my ich zaprosiliśmy do siebie. Zaprzyjaźniliśmy się. Minął rok, czekamy że znowu nas zaproszą, a tu cisza. Zastanawiamy się, co zrobiliśmy źle. Przy okazji napomknęłam o tym. I dowiedziałam się, że na Podlasiu jak raz jesteś zaproszony, to w następnych latach pamiętasz o tym i przychodzisz na imprezę. Nie potrzebujesz zaproszenia. Powoli wrastamy w społeczność.

A zdarza się Pani usłyszeć, że w Pani wieku czegoś już nie wypada?

Urszula Dudziak: Nie pamiętam, by ktoś mi tak powiedział. Bo co by mi można zarzucić, że na rowerze jeżdżę? Starsze ode mnie po wsi śmigają! Jedna z sąsiadek, Guciowa, 92 lata, codziennie o lasce pokonuje 5 kilometrów, do swojej siostry chodzi na obiad. Deszcz, upał, nie ma znaczenia. Widzę, jak wędruje szosą, zagląda do zagród, rozmawia z miejscowymi. Wzruszające. Tu jest inne życie. My na Podlasiu mamy raj. Co drugi dzień przyjeżdża samochód ze świeżym chlebem. Od sąsiada, który ma cztery krowy, kupujemy sery i mleko, nastawiamy je na zsiadłe. Ależ to jest mleko! W sklepie takiego pani nie dostanie. Od sąsiadki, która hoduje kury, bierzemy jajka.

To jest Pani szczęśliwa.

Urszula Dudziak: Bardzo. Jestem kobietą spełnioną. To nie znaczy, że siadam, otrzepuję ręce, bo wszystko już zrobiłam. Jestem spełniona w tym sensie, że jestem wolna, mogę robić wszystko, co mi się podoba. Nikomu nie robię krzywdy czy kardynalnych głupot, chociaż małe głupstwa czasami mi się zdarzają. Ale one nie są trudne do wybaczenia. Życzę wszystkim, by mieli chociaż cząstkę takiego szczęścia, jakie ja mam. Mam takie momenty, że mówię: „Boguś, znowu jestem w ekstazie”. Zastanawiam się czasem, czy nie jest to przypadkiem niezdrowe:) Ale wiem też, że to nie przyszło samo. Uważam, że to, jak się czujemy, możemy wypracować. Naszym życiem rządzą nawyki, dobre i złe. Te ostatnie trzeba eliminować, uczyć się nowych. Nie możemy ich zrzucać na geny, obarczać winą rodziców czy szkoły. Gdy odrzucamy, co złe, rodzimy się na nowo. A to świadczy o dojrzałości.

Uwielbiam zdanie z Pani książki o najlepszym wieku dla kobiety…

Urszula Dudziak: To ten po menopauzie. Dzieci samodzielne, mąż już w piachu, a ty idziesz robić striptiz. (śmiech) Teraz mówię jeszcze kobietom tak: „Dorastacie do menopauzy po to, by na nowo rozkwitać”.