Reżyser pokazuje autorską wizję rzezi wołyńskiej, nie zapominając, że ta historia wydarzyła się naprawdę. Wojciech Smarzowski przyzwyczaił nas do kina ostrego, mocnego, przekraczającego wszelkie granice, ale – w przypadku "Wołynia" –  nie epatuje makabrą, choć w filmie nie brakuje drastycznych scen. To nie jest napuszczanie jednego narodu na drugi, jak określali "Wołyń" niektórzy dziennikarze. To wyważona, mądra lekcja historii. Reżyser pokazuje do czego może doprowadzić podkręcanie agresji, rozbudzanie nienawiści. Napuszczanie sąsiada na sąsiada. To film ku przestrodze. 

Fot. Krzysztof Wiktor/Film It!

Znalazło się w nim kilka scen, które  już przeszły do historii kinematografii. np. sceny homilii wygłaszanych przez popa cerkwi prawosławnej i popa cerkwi unickiej. Scena kiedy główna bohaterka, Zosia – usiłuje ukryć się ze swoim malutkim synkiem przez żądnymi mordu i krwi Ukraińcami i jedynym ratunkiem dla niej i jej dziecka, staje się wejście w kolumnę maszerującego niemieckiego oddziału. 

Ta historia nie  relacjonuje Wielkiej Historii. Smarzowski jak paciorki różańca nawleka na nitkę losu proste życie mieszkańców jednej wioski. To miejsce na ziemi gdzie wespół żyli Polacy, Ukraińcy, Żydzi, Rosjanie i Ormianie. Razem pracowali w polu, zbierali plon, obchodzili święta, żenili się po sąsiedzku – polscy ojcowie wydawali swoje córki za Ukraińców, Ukrainki wychodziły za mąż za Polaków. Ale nadszedł wrzesień 1939 rok, potem czerwiec 1941 roku  i wojna przetoczyła się przez Wołyń paląc, gwałcąc i mordując. Sąsiad bał się sąsiada. Wołyń, za sprawą ukraińskich nacjonalistów i wspieranych przez miejscowych Ukraińców, spłynął krwią. Podczas tych aktów ludobójstwa, których  kulminacja przypadła na lato 1943 roku,  śmierć poniosło ok. 50 - 60 tysięcy Polaków, w odwecie zginęło ok. 2-3 tys. Ukraińców. 

Oglądałam ten film na zwykłym seansie w warszawskim kinie w samym centrum miasta. Sala wypełniona była po brzegi. I jak bywa w polskich kinach, jeszcze po rozpoczęciu projekcji słychać było  ściszone rozmowy, odgłosy gryzionego popcornu. Po kilku minutach w kinie zapadła cisza. 

I trwała do ostatnich napisów. Dopiero gdy ekran kinowy stał się czarną plamą, my widzowie  zaczęliśmy podnosić się z foteli. Wychodziliśmy z kina w kompletnej ciszy. 

Napiszę to jeszcze raz:  to film ku przestrodze. Szczególnie polecam go tym, którzy dzisiaj nie wahają się dzielić społeczeństwa na Polaków na obywateli pierwszego i drugiego sortu.

 

PS. Zainteresowanych  tematyką wołyńską polecam trzy książki:

Krzesimir Dębski "Nic nie jest w porządku. Wołyń. Moja rodzinna historia", wyd. Czerwone i Czarne Wstrząsająca relacja znanego kompozytora. Jego rodzice cudem uratowali się z pogromu wołyńskiego, którego apogeum rozpoczęło się w  Krwawą Niedzielę 11 lipca 1943 roku. We wsi Kisielin zginęli jego dziadkowie. Po latach Krzesimir Dębski odnalazł ich mordercę. 

Fot. materiały prasowe

Witold Szabłowski,  "Sprawiedliwi zdrajcy. Sąsiedzi z Wołynia", wyd. Znak Tę książkę poprzedziły 3 lata pracy i 15 wyjazdów na Ukrainę. Reporter próbuje w niej opisać co stało się na Wołyniu. To opowieść o tym co robili ukraińscy sąsiedzi, gdy banderowcy mordowali Polaków. Jedni – ze strachu przed nacjonalistami – zabijali swoje dzieci i polskie żony. Inni, ryzykując  własnym życiem, starali się ukryć polskich sąsiadów. Co działo się z panią Hermaszewską i półtorarocznym Mirkiem, gdy uciekała przed pogromem. Jak 20 tysiącom Polaków udało się przetrwać w zbudowanej na prędce warowni?

Fot. materiały prasowe

Sylwia Zientek "Kolonia Marusia", wyd. WAB    Halina, matka autorki, wychowywała się we wsi Kolonii Marusia. Była świadkiem krwawych i tragicznych wydarzeń na Wołyniu. Nigdy nie otrząsnęła się z tej traumy. Po śmierci Haliny, jej córka próbuje odtworzyć losy wołyńskiej rodziny, zrzucić z siebie rodzinną tragedię i wyjść na prostą.

Fot. Materiały prasowe

 

"Wołyń", reż. Wojciech Smarzowski, w rolach głównych: Michalina Łabacz, Arkadiusz Jakubik, Jacek Braciak, Iza Kuna, czas trwania: 150 min, dystrybutor Forum Film