W jakiej rodzinie dorastała Joasia Jędrzejczyk?

Dorastałam w klasycznej, pełnej rodzinie. W mojej rodzinie obowiązywały zasady i te zasady przejęłam, z czego się cieszę. Kiedy jesteśmy młodsi pewnych zasad nie rozumiemy i często negujemy decyzje naszych rodziców, nie zgadzamy się z nimi. Z biegiem lat jednak to się zmienia, szanujemy to i doceniamy. Nawet klika dni temu mówiłam do swoich znajomych, że cieszę, że te wartości, które przekazali mi rodzice, zasady życiowe, umiejętność budowania relacji dały mi wiele. Tym właśnie teraz się kieruję. W mojej rodzinie nas, dzieci wychowywano. To nie było wychowanie twardą ręką, ale doskonale wiedziałyśmy, na co możemy sobie pozwolić.
To był dom pełen miłości i zaufania. Moi rodzice pozwalali mi na próbowanie nowych rzeczy i nigdy nie zmuszali mnie od robienia czegoś, czego nie chciałam. No, poza nauką [śmiech]. Chodzi mi o to, że nigdy nie mówili mi: „musisz być sportowcem” albo „musisz być muzykiem”. Pozwalali mi realizować moje pasje i spełniać marzenia.

Miałaś 16 lat gdy zaczęłaś uprawiać boks. Dlaczego boks, a nie np. lekkoatletyka albo tenis?

Tak, miałam 16 lat, gdy zaczęłam uprawiać muay thai, wcześniej grałam w koszykówkę. Byłam zaangażowana w sport. Często reprezentowałam szkołę w różnych dyscyplinach. Nigdy nie myślałam, że zostanę sportowcem. Byłam taką pulchną nastolatką i ze względu na to zaczęłam trenować sztuki walki. Po trzech miesiącach straciłam 10 kilogramów.
Po dwóch miesiącach miałam pierwszy sparing. Wtedy odkryłam, że kolokwialnie mówiąc lubię brylować. Po pół roku pojechałam na pierwsze zawody, wygrałam pierwsze zawody. Stając na podium wiedziałam, że to jest to, co chcę w życiu robić.
Kupiłam sobie wtedy profesjonalny aparat fotograficzny i interesowałam się fotografią To jest zresztą moją pasją do tej pory. Lubiłam też wspinaczkę. Teraz do niej wróciłam, po 17 latach.
Wszystko rzuciłam na rzecz sportu. Nawet szkołę dostosowywałam do niego. Przesuwałam egzaminy, nawet maturę ustną, bo wylatywałam wtedy na treningi do Tajlandii.

Rodzice wiedzieli jaki sport wybrała ich córka? Jak zareagowali na to? Co powiedziały siostry?

Rodzice nie byli zachwyceni. Pamiętam, jak wróciłam z pierwszego sparingu. Siostry wpadły do domu pierwsze, wołały: Asia wygrała, wygrała. Ja weszłam za nimi, miałam chusteczki w nosie, bo poszło mi z niego trochę krwi. A mój tata popatrzył na mnie i powiedział: Dziewczyny się nie biją. Ale on wiedział, że ja zawsze byłam charakterna, że zawsze wszędzie było mnie. I widziałam ten błysk w jego oku i był ze mnie dumny. I to jest coś wspaniałego, bo dziewięć miesięcy temu walczyłam w Las Vegas i mój tata po raz pierwszy był wtedy w Stanach Zjednoczonych. Przyleciał na walkę. I widziałam tę jego dumę, ale i jego troskę.
Dla moich rodziców – nieważne ile będę mieć lat – zawsze będę dzieckiem. Gdyby nie rodzina, moje siostry nie byłoby mnie tutaj, gdzie jestem. Ten mój sukces i poświęcenie kosztuje bardzo dużo pracy nie tylko mnie, ale i moją rodzinę, bliskich i przyjaciół.

Na muay thai się nie skończyło, potem były kick-boxing i mieszane sztuki MMA. Czego w nich szukałaś? Odnalazłaś to?

Tak, to prawda. Najpierw było muay thai, potem miałam kilka walk w kick-boxingu i w boksie amatorskim. Tu wiele zależy od zasad, które panowały w danym kraju. Na przykład w Japonii nie można używać łokci. W innym kraju są inne reguły. Miałam około stu walk w muay thai, także kilka w K1 [przyp. red: K-1 to formuła pośrednia pomiędzy kickboxingiem a muay thai] i w boksie. Przegrałam tak naprawdę 5 walk. Ta kariera była bardzo bogata. 5 razy mistrzostwo Polski, 5 razy mistrzostwo Europy, 6 razy mistrzostwo świata. Jestem z tego dumna.
Sport tego uczy, sport jest dobry właśnie dla dzieci. Bo przygotowuje je, przygotowuje nas do ciężkiego życia. Uczy radzenia sobie z problemami. Tu jeśli sam nie wykonasz odpowiedniej pracy, nikt nie zrobi tego za ciebie. I to spodobało mi się w sztukach walki. To nie jest tak, że lubię bić, albo lubię być bita. To jest tak, że tu tylko od ciebie zależy, czy pójdziesz dalej. A ja zawsze miałam w sobie ten głód rywalizacji i ochotę na pójście dalej.

Ten sport jest mocno kontuzyjny. Nie przeszkadza Ci, że po walce chodzisz posiniaczona, obolała, przechodzisz bolesne zabiegi odbarczania krwiaków, ciągle kontrolujesz wagę, nie zawsze możesz wskoczyć w szpilki? Ile razy miałaś złamany nos?

No zdarza się… Każda praca niesie ze sobą jakieś ryzyko. Modelką nie jestem i nigdy nie będę. Nie mam odpowiednich „parametrów”, czyli wymiarów ani wyglądu, chociaż kocham siebie taką jaka jestem.
Faktycznie, ten sport wymaga wiele poświęcenia, często zdarzają się mocne, rozległe obicia. Jest zbijanie wagi, które dużo kosztuje. Ale, jak mówiłam, każda praca ma swoje konsekwencje i ma skutki uboczne.
A nosa nigdy nie miałam złamanego, choć pewnie doszło kiedyś do jego pęknięcia. Miałam złamana rękę, na co miało właśnie wpływ zbijanie wagi. A poza tym 17 lat kariery za mną, a nie miałam nigdy żadnego poważnego rozcięcia ani większego urazu.

W sportach kontaktowych zdobyłaś szczyty – jak smakuje zwycięstwo?

Zawsze pokornie do niego podchodziłam. Moi znajomi, bliscy się cieszyli, mój team się cieszył i pytali mnie czemu ja się tak nie cieszę. A ja podchodziłam do tego zadaniowo. Pracuję ciężko, bo ta praca jest przed zawodami. Walka jest tak naprawdę wisienką na torcie. Jest spełnieniem ambicji, sprawdzeniem się. Tak naprawdę prawdziwa radość przychodzi po walce, ale nie tuż po niej. Czasem nawet kilka tygodni później, po powrocie do domu, po spotkaniu w rodziną. Wtedy ma się poczucie, że praca jest skończona i można odpocząć. Potem czas poza sezonem walk szybko mija i trzeba wracać, znów trzymać się w ryzach.
A zwycięstwo… daje takie poczucie spełnienia, że coś, na co się ciężko pracowało się spełnia.

Po czasie prosperity przyszły przegrane – a jak one smakują? Czego Cię one nauczyły? Czy jesteś z nimi oswojona?

Gdy przyszedł moment wielkiej przegranej w 2017 roku byłam bardzo przygotowana do tej walki. 6 miesięcy wcześniej miałam swoją walkę życia. Tymczasem po walce z Rose Namajunas wiele osób powiedziało, że nie podeszłam do niej poważnie, że nie szanowałam przeciwniczki. Trenowałam jednak bardzo mocno. Zakładałam, że to będzie jeszcze lepsza walka niż ta wcześniejsza. Ale przyszła przegrana. To otworzyło mi oczy na mój system przygotowań. Uświadomiłam sobie, że chcąc zrobić coś dobrze, muszę zrobić to sama. To był tez moment, gdy zaczęłam myśleć o sobie inaczej. O sobie jak kobiecie, jako człowieku, Nie liczyła się dla mnie tylko kariera. Nie chciałam już być maszyną. Mówiłam zawsze, że nie dałam się wciągnąć z tę machinerię, ale byłam jej częścią. Po prostu zawsze chciałam być najlepsza w sporcie, a zapomniałam o innych aspektach życiowych.
Przegrana to tylko nauka, przegrana to pójście dalej. Pokazujemy klasę tym, jak się po przegranej podnosimy.

Zawsze mówisz o przegranej, a nie porażce. Jaka to różnica?

Może niektórzy powiedzą „Głupia, to jest to samo”. Każdy jednak inaczej interpretuje różne rzeczy, nawet kolory inaczej postrzegamy. Dla mnie przegrane to potknięcia, które mogą się nam zdarzać każdego dnia. Porażka to dla mnie upadek. I to taki, przy którym możemy się podnieść, ale tego nie robimy, bo wolimy odpuścić. Nie to, że nie mamy siły. Mamy, bo limity są tylko w naszych głowach. Pomimo, że coś kochamy, chcemy odpuścić. I to oznacza dla mnie porażkę. Mówimy sobie „Nie chcę już cierpieć, nie chcę, bo ludzie…, bo opinia…”. Rezygnujemy z marzeń, bo po drodze do ich spełnienia są wyboje? To jest właśnie porażka. Rezygnacja z siebie.

Przegraną były też sprawy osobiste – rozstanie z narzeczonym, jego zdrada, śmierć przyjaciółki… Co pomogło przeżyć Ci te trudne chwile? Sport?

Bardzo ważny jest balans w życiu – między jego sferą prywatną a zawodową. To, co się wydarzyło w moim życiu prywatnym miało na mnie wpływ, gdy stawałam do walki. Mówiłam sobie „Jestem JJ. Ja to wszystko udźwignę”. Ale swoje kłopoty miałam z tyłu głowy. Odpychałam, wyrzucałam, ale to mnie blokowało, nie pozwoliło pójść dalej, osiągnąć celów. To wszystko udało mi się przejść dzięki rodzinie i przyjaciołom. Dzięki nim doceniam jeszcze bardziej to, co mam.

A jak to jest budzić się ze świadomością, że jest się najlepszą zawodniczką na świecie?

Naprawdę podchodziłam do tego z pokorą. Ale mam się w sobie to poczucie spełnienia. Bardzo motywujące, aby pójść jeszcze dalej.

Swoje doświadczenia opisałaś już wcześniej w książce Wojowniczka. Niedawno ukazała twoja druga książka Czarno na białym, ale ona jest jak rachunek sumienia, jak szczera spowiedź z życia.

Książka Wojowniczka była takim przedstawieniem się. Bo wcześniej było o mnie sporo słychać, że gdzieś tam odnoszę sukcesy – międzynarodowe, sportowe. I to były naprawdę dobre lata. A teraz poczułam, że powinnam pokazać te ostatnie lata. Że był upadek, ale się z niego podniosłam, były przegrane, były prywatne rozterki i zawodowe, Nie chciałam budować fikcji, że wszystko jest takie idealne i zawsze się nam wszystko będzie udawać. Zawsze może się nam powinąć noga lub coś złego spaść jak grom z jasnego nieba. I to w najmniej oczekiwanym momencie.
Czarno na białym to mój punkt widzenia, szczerość i otwartość. Nie chcę nią nikogo urazić. To nie jest poradnik, ani wylewanie żalu. Ja nie trzymam w sobie żalu. To od nas zależy, ile miłości i wiary mamy w sobie i jak je dzielimy. To nie jest coś, co możemy sobie sami uzupełnić. To nie działa jak tankowanie paliwa na stacji. Tylko od nas zależy, z jakim poczuciem będziemy budzić się każdego dnia. I trzymanie żalu i złości w niczym nam nie pomaga. Wręcz przeciwnie kreuje w nas jeszcze większe jej pokłady. A ja chcę widzieć miłość i dawać tę miłość.
Ta książka była dla mnie rodzajem terapii, ale je ją sama przeszłam. I chciałam na swoim przykładzie pokazać jak istotny jest balans w życiu i jeśli nam się wydaje, że nas to nie dotyczy, jesteśmy w błędzie. Powinniśmy być tego świadomi.

Czym była praca nad nią? Próbą ułożenia na nowo życia? Pomogła Ci pozamykać rozdziały, które dobiegły końca?

Musiałam tę książkę napisać, żeby pokazać, że kiedy przestałam przepraszać za to, co czasem mi się nie udaje, mogłam pójść dalej. Wszystko, co trzeba było zamknąć, zamknęłam już wcześniej.

Tytuły rozdziałów brzmią w niej jak… przykazania, jak credo, któremu pozostajesz wierna i z nim idziesz przez życie. Tak miało być?

Tytuły rozdziałów to moje dewizy, którymi kieruję się w życiu. Uważam, że mamy mało zasad, nie trzymamy się ich, a one są nam po prostu potrzebne.

Dla kogo napisałaś tę książkę – dla siebie czy innych dziewczyn, by tak jak Ty uwierzyły w siebie?

Dlaczego dla dziewczyn? Ja ją napisałam dla wszystkich. Dostaję mnóstwo wiadomości od kobiet i mężczyzn w różnym wieku. To samo życie. Kto mówi, że cierpimy inaczej, kto mówi, że faceci są twardsi? Chcę pokazać, że u ciebie, u mnie, u niej, u niego dzieją się te same rzeczy. Radość i smutek. Samo życie…