Czuje Pan, że się spełnia?

Zależy, czego to spełnienie dotyczy. Daj mi, Panie Boże, nie być spełnionym aż do śmierci!

Jak to jest u Pana: bliżej Panu do rozczarowania, że propozycje filmowe sypnęły się dopiero teraz, czy radości, że w ogóle są?

Cieszę się, że mam pracę. Wielokrotnie to mówiłem: ona jest szczęściem. Zwłaszcza taka, która nam się podoba. Ale zakładanie, że rozpoznawalność jest sukcesem życiowym, to zawracanie głowy! W życiu robiłem mnóstwo rzeczy. Przynosiły mi satysfakcję, splendor, pieniądze też. Byłem oklaskiwany. Chociaż nie pokazywano mnie palcem z tego powodu.

Która z dotychczasowych aktywności: pisanie, robienie programów, występowanie, daje Panu najwięcej satysfakcji?

Pisanie piosenek. Nie zarzuciłem tego, ale u nas nie ma rynku. Rozmawiałem jakiś czas temu z Jackiem Cyganem i on – on! – skarżył się, że jest hekatomba: młodym wykonawcom wydaje się, że są w stanie sami napisać tekst, muzykę i wystąpić. Ja nie mam z tym kłopotu, nie jestem tekściarzem zawodowym. Ale czasem robię użytek ze swojego pisania. Andrzej Grabowski, aktor, nagrywa płytę, na której będą piosenki z moimi słowami. Dla dzieci piszę, dla znajomych. A gdy ktoś sobie przypomni, że umiem rymować, to to też wygląda na światło dzienne.

Czemu z pakietu talentów postawił Pan na aktorstwo i zdawał do PWST?

Nie miałem pomysłu, co innego mógłbym robić. Chciałem być artychą. A w roku 1980, w mojej rodzinnej Zduńskiej Woli, 18-letni Królikowski miał takie pojęcie o świecie: aby wyrwać się z rodzinnego miasta, trzeba zrobić duży krok.

Pan jeden w swoim otoczeniu miał tak egzotyczny pomysł?

Nie, z mojego podwórka jest Janek Jankowski, mój młodszy brat Rafał, Piotr Śnieg, przyszły producent „Psów” i „Pitbulla”. Na wakacje u babci przyjeżdżała do nas rówieśnica Ada Biedrzyńska... Jedno podwórko. Blok w blok.

Nadal trzymacie się razem?

Nie, nie da się, nasze środowisko jest rozproszone, każdy robi drobiazgi. A nikt z nas nie jest takim krezusem, żeby dać pracę innym.

Jak to było – Pański brat od razu po szkole wystartował, odniósł sukces...

I chwała Bogu. Proszę tylko nie pytać, czy byłem zazdrosny – to tak, jakbym mu źle życzył. Gdy Rafał zdawał na wydział aktorski, dałem mu kilka uwag. To pewnie otworzyło mu jakąś klapkę w głowie, bo się dostał. Gdy już był aktorem i mu się wiodło, cieszyłem się. Pamiętam, jak kiedyś ukradłem matce dolary, żeby Rafałowi, wówczas 15-latkowi, kupić fajne dżinsy w Peweksie! A myśmy byli ze skromnego domu, nasi rodzice pracowali jako nauczyciele. No więc cieszyłem się i cieszę, że nie muszę się martwić o niego. Jestem szczęśliwy, że sobie radzi.

Mocno jesteście związani? Jak we włoskiej rodzinie?

Włoską rodziną to jesteśmy z moją żoną. Z bratem mamy relacje pełne zrozumienia, serdeczne, acz nieczęste. On ma swoje życie, ja swoje. Dzieli nas sześć lat różnicy, w dzieciństwie daleko nam było do siebie.

Rafał wystrzelił jako aktor, a Pan...

A mnie się wiodło świetnie. Zarabiałem kupę forsy, robiłem niezłe programy, pisałem piosenki. Dopóki mi to nie obrzydło. I dopóki mnie z telewizji nie wyrzucili. Ale w tamtych latach robiłem dokładnie to, co chciałem.

I od czasu do czasu grał Pan w filmach?

Nie. Zagrałem raz – u Andrzeja Wajdy, bo jemu się nie odmawia. I raz u Maleszki w „Maszynie zmian”. Jeden, dwa dni zdjęciowe. Czasem Jan Kolski zawołał mnie na dzień. Towarzysko, gdy mnie wyrzucili z telewizji i nie miałem co robić. Aż, pamiętam, łaziłem po markecie, szukałem śrubek, bo dłubałem coś w domu. I zadzwonił telefon: czy nie zagrałbym u Witka Adamka w „Czwartej władzy”. To był 2004 r. Tak się zaczęło. I dobrze. „Ranczo” pojawiło się niedługo potem. Na Kusego wybrała mnie Ilona, moja serialowa Lucy. Przedstawili jej wielu „konkurentów”. Wcześniej grałem z mężem Ilony, Jackiem Borcuchem. Może dlatego wskazała na mnie. Czemu przyklasnął producent. I musiał przyklasnąć reżyser (śmiech).

Musiał?

Mam język niewyparzony i od razu mówię, co myślę. Choć czasem okazuje się, że pomysł, który uznałem za głupi, był celowy, czego się już pan Królikowski nie domyślił... (śmiech).

Sprawia Panu frajdę ten serial?

Bardzo mi się podobają losy Kusego i Lucy. Ich relacja, także ta między Iloną a mną. Podoba mi się świat, któryśmy tam wykreowali. Prywatnie jesteśmy obcymi sobie ludźmi, a bawimy się w nasze marzenie o miłości. Pamiętam taką scenę, Lucy mówi do Kusego: „Jaki ty byłeś głupi, że ty nie chciałeś się ze mną kochać na początku”. On ma w oczach łzy. „Jesteś moim światełkiem...” – ciągnie Lucy, ale zamiast „w tunelu”, kończy: „...w szambie”. Na co Kusy, już z zupełnie zmoczonymi oczami: „Może nie tak się mówi, ale tutaj pasuje”. To najpiękniejsze wyznanie miłości, jakie widziałem w komercyjnych produkcjach.

Lubi Pan swoją popularność?

Lubię, choć doskwiera. Zwłaszcza gdy jestem z rodziną, a tu mi się pakują z kartkami. Ale od dziecka miałem coś takiego, że mówiłem głośniej niż inni. I dość ładnie. Moja babcia powtarzała, że poprawiałem ją, jak się powinno mówić. Taki to już charakter...

Zodiakalny Baran.

Lubię być w centrum zdarzeń.

Zaczepiają Pana kobiety?

Kiedyś dla jednego z banków graliśmy spektakl „Goło i wesoło”. Na widowni same panie. Tak popłynęły, że zagraliśmy 2/3 spektaklu, dalej się nie dało. Próbowały nam wtykać pieniądze za stringi. W końcu to była impreza banku...

Pan lubi kobiety, prawda?

Mam dwie, które dominują. Tak mnie przeczołgały, że robią ze mną, co chcą! Jestem na posyłki. Moje córki... Julka ma 10 lat, Marcelina 7.

Pańska żona to Małgorzata Ostrowska-Królikowska, Grażynka z „Klanu”. Jakim Państwo są małżeństwem?

Mapa naszego małżeństwa jest bardzo polska. Piękna od morza. Są góry, doliny, równiny. Depresje. Pustynia Błędowska, która zarasta.

Państwa dzieci też ciągnie do sztuki. Antoni grał w „Lejdis”, „39 i pół”...

Wszystkie mają lekkiego fioła artystycznego. Grają na instrumentach, ładnie malują...

Co, jeśli też będą chciały być artystami?

Mam nadzieję, że w niedalekiej przyszłości artyści tego kraju się ockną i zaczną nazywać się zawodowcami. Nie tylko dlatego, że umieją robić coś na zamówienie, ale będą reprezentować zawód, który przynosi pieniądze i jest godną pracą. A my będziemy świadomi, że ci ludzie są społeczeństwu niezbędni, bardziej niż pieniądze, woda, chleb. Artysta w moim pojęciu to ktoś, kto potrafi więcej. Z niczego potrafi zrobić coś. Obudzić nadzieję, zmaterializować miłość, określić wiarę. To ogromnie ważne rzeczy.

Jakimi przymiotnikami Pan by się opisał?

Była taka góralka, pani Zosia, świętej pamięci. Pokojowa w ZAiKS-ie w Zakopanem. Różni przyjeżdżali, od Tuwima, który tam umarł, po współczesnych twórców. Pani Zosia tak mi powiedziała: „Takiego to ja jeszcze żem nie widziała. Żeby był i mądry, i uśmiechnięty”. Największy komplement, jaki w życiu usłyszałem.

A męski? Czuje się Pan?

Żeby być męskim, trzeba być i niemęskim. Sentymentalnym, wzruszającym, śmiesznym, słabym. Kiedy trzeba. To dziś znaczy być facetem. Częstować sobą innych. By ludzie wiedzieli, że mogą od ciebie wziąć, a ty – byś wiedział, że masz co dać. To jest męskie. Ojcowskie. Bez ojcostwa, czyli dawania siebie, nie ma męskości.

No dobrze, a po co mężczyźnie pewnemu siebie czerwone kabrio w garażu?

To archetyp auta! Dwa siedzenia, mocny silnik i zakładany brezentowy dach. Marzenie każdego chłopca. Wie pani, jak fajnie jest jechać takim autem? Do pracy albo na lody z córkami?

Żeby poczuć wiatr we włosach?

Tak, choć w moim wieku trzeba mieć już czapkę. Kilka razy wracałem ze zdjęć latem, w ciepłą noc. Otwarty dach, muzyka... Na przykład pieśni Marty Kubisowej. Czeszki, której sprzeciw w 68 r. przetrącił karierę. Znów nagrywa.

Myśli Pan o przemijaniu?

Jeszcze nie. Trudno się z tym pogodzić. Choć jest coś pięknego w zmienianiu się.

Wyobraża Pan sobie siebie za 10 lat?

Jedyne, co wyznacza mi perspektywę, to myśl, że mój obecnie półtoraroczny Ksawciu pójdzie do szkoły. Będę miał wtedy 55 lat. To moja najdalsza myśl. I tak paru rzeczy nie poukładam w życiu, bo się nie da. Trzeba pracować tak, żeby nagród nie oczekiwać. I dawać z siebie jak najwięcej.

Co Pan daje?

To, co mam. Jestem gotów na spełnianie zachcianek. Jak ktoś mnie o coś poprosi...

Tak Pan lubi ludzi?

Byłbym nieszczery, gdybym to powiedział. Ja po prostu sam sporo dostałem. Naprawdę. Banalnie to zabrzmi, ale lubię tę banalność. Gdy opuszczałem dom, miałem radio tranzystorowe, finkę i gitarę. Plus kilka drobiazgów do ubrania się. A dzięki paru fajnym ludziom – i sobie, oczywiście – dużo od życia zaznałem. Przykład dobrego zrządzenia losu to moje spotkanie z Jankiem Jakubem Kolskim. Nie miałem roboty, do tego dostałem jakiegoś paraliżu. Byłem do niczego. Myślałem, że wszystko źle się skończy, i chciałem temu złemu końcowi pomóc.

Był Pan wtedy żonaty, miał dzieci?

Tak. Ale myślałem, że już nic dobrego się nie wydarzy. Pewnie wszystkiemu winien byłem ja. Gdy szedłem do monopolowego, by pomóc myślom złym, na ulicy dopadł mnie Kolski. „Królik, szukam cię od paru dni. Chciałem reklamę z tobą nakręcić”. Odwracam się sparaliżowaną połową twarzy. Aż się żachnął. Ale nie zniechęcił: „Ty, a pokaż z drugiej strony. Będziemy kręcić ze zdrowej”. I zrobiliśmy tę reklamę. Podczas pracy mówi do mnie: „Podobno piszesz. Zrób program...”. Tak zacząłem robić „Truskawkowe studio”. Wyglądałem jak zmięty papierek przy krawężniku na ulicy, a on mnie podniósł i rozprostował, choć specjalnie się nie znaliśmy. Jestem Jankowi za to wdzięczny do dziś.

Jest Pan towarzyski?

Lubię rozmawiać. Kiedyś ukułem zdanie: „Nie ma takiego alkoholu jak dobra rozmowa”.

Jaki temat Pan lubi najbardziej?

Jeszcze kilkanaście lat temu powiedziałbym, że najwięcej radości sprawiają mi kobiety... Ale odkąd zaczynam się trochę starzeć, bawi mnie świadomość spiłowanych pazurów. I obserwowanie siebie z boku – takiego, który umie odpuścić. Śmieszne. Król lew na emeryturze.

Nie ciągnie Pana w świat?

Nie mam ciekawości odkrywcy. Dalekie podróże to męka. Mnie interesują szczegóły. Z czego zrobiona jest cegła, jak wyglądają dachy. Dłonie kobiet. Stopy. Co mają do powiedzenia ludzie, jakim językiem... A to wymaga czasu. Ale mam swoje ulubione miejsca w Karkonoszach. Zrobiłem tam trzy duże filmy dokumentalne. Lubię architekturę Dolnego Śląska. I klimat, jak z „Czarodziejskiej góry” Manna. Strasznie tam mi się podoba. Gdy pracowałem we Wrocławiu, uciekałem: godzina samochodem i byłem w Kudowie, Ząbkowicach, Bystrzycy. Albo w Czechach. Siadałem w kawiarni, czas płynął w innym tempie. Papierosy, kawa za kawą. Nie piję alkoholu, więc dobrze je znoszę.

Popołudniowe słońce zza liści, tak?

Wie pani, bardzo lubię gadać z mądrymi, starymi babami. Lubię ich dystans do siebie. Panowie tego nie mają. Oni się godnie starzeją. W ich mniemaniu (śmiech). A kobiety, gdy ta ich „czarodziejska góra” okaże się wygasłym wulkanem, potrafią się śmiać. Mężczyźni nie.

Pan jest chyba zadowolony z życia.

Dobrze mi. A gdy jestem zwolniony z wywijania szabelką, bycia stanowczym i mogę być sobą, to zdarza mi się nawet być eleganckim...