Agnieszka Radomska: Ciężko być rodzicem nastolatka. W pandemii problemów rodzicom jeszcze przybyło, ale trudno się skarżyć, bo przecież każdy z nas je ma...

Przemysław Staroń: Jeśli pojawiają się problemy w relacji z nastolatkiem, to nie tłumaczmy sobie, że każdy tak ma. Uznajmy, że to jest ważne. Tak samo uznajmy za ważne problemy naszego dziecka. Często słyszę od ludzi: „Żyjemy w trudnych czasach, no ale kto nie żył?”. I zawsze podkreślam: to, co nas w tej chwili boli, boli nas niezależnie od kontekstu. Dla człowieka ząb, który akurat mu doskwiera, jest większym problemem niż dzieci głodujące w Afryce. Czasem nam, dorosłym, jakiś kłopot wydaje się zwyczajną pierdołą, a dla dziecka w tym momencie to jest cały świat! Sam, jako początkujący nauczyciel, łapałem się na tym, że nie dostrzegałem ważności problemów. Na przykład tego, że dla Kacpra całym światem jest Zuzia z 7B, która na niego na korytarzu szkolnym nie spojrzała. Poważne traktowanie takich problemów to podstawa budowania relacji z dzieckiem. Tworzenia więzi, zamiast zadawania typowego pytania: „Jak było w szkole?”.

Powtarza Pan, że ważne jest poczucie bezpieczeństwa, empatia i motywacja do rozwoju. Jak te trzy punkty powinniśmy realizować jako rodzice?

Przemysław Staroń: Zawsze podkreślam, że niezmiernie ważne jest poczucie bezpieczeństwa fizycznego. Dziecko musi mieć pewność, że nigdy nie zostanie przez dorosłego skrzywdzone. Tymczasem wielu rodziców bagatelizuje kwestię klapsa, bo to niby nic takiego. To nieprawda. W takiej sytuacji dziecko otrzymuje informację, że dorosły ma prawo zrobić coś, co sprawi mu ból. Dlatego jakiejkolwiek przemocy w relacji z dzieckiem stosować nie wolno, nawet jeśli zostaniemy wyprowadzeni z równowagi. Bezpieczeństwo to także poczucie akceptacji oraz empatia. To taka postawa: jako dorosły mogę się nie zgadzać z jakimiś twoimi zachowaniami, nie muszę ich aprobować, ale ciebie akceptuję. Wtedy dziecko czuje, że nie musi przed nami udawać, i może się po swojemu rozwijać. A w rozwoju chodzi o to, by młodego człowieka pchać do przodu. Pozwolić mu na samodzielność. Nie zabraniać wielu rzeczy w trosce o bezpieczeństwo. Nie trzymać ciągle kurczowo za rękę.

Warto być przyjacielem swojego dziecka?

Przemysław Staroń: Najpierw trzeba dobrze postawić sobie pytanie, kto to jest przyjaciel. Czy przyjacielem jest ten, kto codziennie, mechanicznie, zadaje nam pytanie: „jak się czujesz?”. Czy może ktoś, z kim nie musimy gadać każdego dnia, ale cały czas mamy poczucie, że ta osoba z nami jest. I nie chodzi tu jedynie o bycie fizyczne, siedzenie przy kimś na kanapie, tylko szczere, prawdziwe zainteresowanie. Bycie do dyspozycji w razie potrzeby. Takim przyjacielem dla dziecka być warto. Masa nauczycieli, ale i rodziców, zwłaszcza w czasie pandemii, zadawała dzieciom to właśnie pytanie: „jak się czujesz?”. Trochę żeby „odhaczyć”. Tylko że to jest iluzja obecności. Takiego pytania wcale nie trzeba zadawać. Szczere zainteresowanie można wyrazić czymkolwiek: choćby spojrzeniem, drobnym gestem oznaczającym, że jest się blisko. Zobaczmy, jak budujemy relacje ze zwierzakami. Pies do nas nic nie mówi. A czasem wystarczy, że spojrzy, położy głowę na kolanach i wtedy czujemy, jak bardzo nas kocha, jak jest nam oddany. Budowanie relacji z dzieckiem przy pomocy powierzchownych pytań się nie uda. Dziecko czuje, kiedy nasze chęci są szczere, a kiedy wynikają z poczucia, że uważamy, iż coś należy zrobić.

Ale czy to wystarczy dziś, gdy bycie rodzicem to prawdziwe wyzwanie? Chcemy być idealni, nie popełnić żadnego błędu...

Zobacz również:

Przemysław Staroń: Żyjemy w czasach ciągłego dążenia do perfekcji. W każdej dziedzinie wpadamy w tę pułapkę. Wszystko musimy robić jak najlepiej. W relacjach z dzieckiem też. Otóż nie musimy. Możemy mieć gorszy dzień. Mamy prawo do różnych emocji, także tych trudnych, jak złość, wściekłość, bezradność. Nie odbierajmy tego sobie. Bo jeśli mówimy o relacji, to mówimy o akceptacji wszystkich emocji drugiego człowieka. Ale nie da się akceptować emocji dziecka, jeśli nie akceptujemy własnych.

Wielu rodziców skarży się: dziecko mnie nie słucha!

Przemysław Staroń: Nic w tym dziwnego. Dzieci, a tym bardziej nastolatki, nie będą robiły tego, co im mówimy, że robić powinny. One będą robić to, co… my robimy. To potwierdzone w badaniach behawioralnych: nie da się zmusić kogoś do jakiegoś zachowania, mówiąc: masz robić to i to. To odbywa się inaczej. Podstawowe mechnizmy uczenia się odkryte przez psychologię to zwłaszcza: wdrukowanie, modelowanie, czyli naśladownictwo, i identyfikacja. Wdrukowanie to pierwsze doświadczenia, z wczesnego dzieciństwa. Wszystko to, co przekazujemy wydawałoby się nieświadomym maluchom. Potem jest czas modelowania. To oznacza, że człowiek podąża w taką stronę jak jego model, czyli osoba dla niego istotna, ważna. A to najczęściej rodzic. I nie ma znaczenia, czy ten model mu się podoba czy nie. I tak będzie go naśladować i się z nim identyfikować. To bardzo silny mechanizm.

Musimy więc zacząć od siebie.

Przemysław Staroń: Troska o siebie samych to nie egoizm. To pragmatyzm. Bo dzieciaki naprawdę nas naśladują i to jest proces nieświadomy dla obu stron. Mam takich serdecznych znajomych. Wspaniali ludzie, świetni rodzice. Mama, Małgosia, któregoś razu pyta mnie: „Przemek, ja już nie wiem, co robić. Ta nasza Julka tak bardzo stresuje się każdym sprawdzianem, jak sprawić, by tak się nie przejmowała?”. Powiedziałem jej wtedy: „Małgosiu, ty w swojej pracy jesteś fenomenalna. Jesteś zawodowo po prostu petardą. Julka od lat Cię obserwuje. Widzi, że robisz wszystko na medal, ale obserwuje też, że jesteś przy tym spięta, zdenerwowana, zestresowana”. Małgosia wtedy naprawdę się zdziwiła… Zrozumiała, że Julka wciąż, nieświadomie, powtarza jej zachowania. Staje się kalką swojej mamy. Co z tego, że Małgosia mówi: „uspokój się, nie przejmuj się tymi sprawdzianami”, skoro za chwilę biegnie w stresie do komputera sprawdzić skrzynkę mailową, bo może szef coś napisał.

Wielu rodziców zadaje sobie pytanie: kumplowanie się czy twarda dyscyplina. Który wybór jest lepszy?

Przemysław Staroń: Pytanie, czy w ogóle trzeba wybrać z tych dwóch opcji. To trochę jak z dietami eliminacyjnymi. Wyrzucić tłuszcze? A może węglowodany? Najlepsza jest dieta zbilansowana. Jeśli naprawdę spróbujemy stworzyć więź z dzieckiem, to dylemat, czy być kumplem czy surowym rodzicem, przestaje mieć znaczenie. W wychowaniu i budowaniu relacji z dzieckiem chodzi o coś zupełnie innego.

Czyli o co?

Przemysław Staroń: Budowanie więzi jest jednocześnie budowaniem naszego autorytetu w oczach dziecka. Ono nie szanuje nas za to, że robimy coś podręcznikowo, ale za bycie blisko, za obecność. Uczniowie na którymś z wyjazdów powiedzieli mi: „my się dla pana czujemy ważni”. Kiedyś też usłyszałem od osoby, która miała za zadanie ocenić moje lekcje: „pan sprawia, że ci młodzi ludzie czują się na tej lekcji absolutnie niezbędni, istotni”. I to o to chodzi. Naprawdę tak właśnie buduje się autorytet.

Nam się wydaje, że budujemy go, gdy mówimy: „Masz tak i tak zrobić, bo ja tak chcę. Bo jestem twoim rodzicem i kropka”.

Przemysław Staroń: To jest gigantyczna pułapka. I mówiąc szczerze, jedna z głupszych strategii. Bo jeśli dziecko słyszy: „masz coś zrobić, bo tak”, to natychmiast rodzi się bunt. Pamiętam historię pewnej praktykantki w szkole, w której się uczyłem. Gdy nie mogła zapanować nad klasą, krzyknęła, rzucając książką: „To ja tu rządzę i macie mnie słuchać!”. Proszę zgadnąć, jaki był efekt. Ci młodzi ludzie po prostu to zachowanie wyśmiali. Bo to była oznaka totalnej bezradności, a to dzieciaki wyczuwają doskonale. Nie tędy droga.

Ja tę praktykantkę trochę rozumiem. Przecież są chwile, że nie mamy na nic siły. My, dorośli, też mamy swoje problemy.

Przemysław Staroń: Jasne, ale niedobrze, gdy odreagowujemy je na dzieciach. Zwykle nasze niefajne zachowania wobec nich wynikają z tego, że my sami nie radzimy sobie ze sobą. Wymagamy od siebie zbyt wiele, nie dajemy sobie taryfy ulgowej. A warto sobie powiedzieć: mam prawo do odpoczynku. Nie muszę wszystkiego robić na sto procent. Nie muszę być zbawcą świata. Jeśli nie dbamy sami o siebie, to potem w relacji z dzieckiem wychodzą różne kwiatki. Ktoś może być na przykład zbyt dyscyplinujący, bo w ten sposób zyskuje poczucie złudnej kontroli, której mu brakuje w relacji z samym sobą. Ktoś inny może nadmiernie chronić dziecko przed każdym możliwym niebezpieczeństwem, bo sam żyje w lęku i niepewności. Odpuśćmy sobie, a będzie nam łatwiej w kontaktach z innymi, także z własnymi dziećmi.

Dziś, według badań, nawet 25 proc. młodych ludzi cierpi na stany depresyjne. Na co rodzice powinni zwrócić uwagę, by w porę móc działać?

Przemysław Staroń: Rodzic zna dziecko najlepiej. Nawet jeśli te relacje nie są idealne. Nie chodzi o to, że musimy wiedzieć o dziecku wszystko. Ale obserwujemy dziecko na co dzień, w zwyczajnych sytuacjach. Widzimy schematy jego zachowań. Kluczowa jest każda zmiana. Miałem w którymś momencie życia spore kłopoty z układem trawiennym. I jakiś mądry gastrolog zapytał mnie: czy pan tak ma od dawna, czy coś się ostatnio w tej kwestii zmieniło? No, zmieniło się, pomyślałem. I to jest podstawa. W psychologii też działa ta zasada: po pierwsze zauważyć zmianę zachowania.

To musi być zmiana na gorsze?

Przemysław Staroń: Tu warto zachować czujność. Bo wbrew pozorom nie zawsze jest to zmiana na gorsze. Jeśli nasze dziecko nagle zaczyna się świetnie uczyć, ma same piątki, a nie tróje, jak dotąd, to też musi nam się zapalić czerwona lampka. Niby fajnie, tylko się cieszyć... Ale taka zmiana może być spowodowana np. tym, że dziecko się zakochało albo ma jakieś problemy. I przeżywa trudny czas. Ważne jest, by to zauważyć. Jasne, że nie wychwycimy wszystkiego. Jeśli mamy z dzieckiem dobrą relację, to ono najczęściej samo z tym do nas przyjdzie. Ale nie zawsze. Może też stwierdzić: okej, mam taki kłopot, ale sobie poradzę, nie warto angażować w to rodziców. Czasem, co jest trudne, musimy uznać, że są sytuacje, w których jako rodzice powinniśmy się usunąć, odpuścić. Jeśli jednak mamy jakiekolwiek obawy, warto skorzystać z pomocy profesjonalisty.

A jak z nastolatkiem rozmawiać o jego emocjach?

Przemysław Staroń: Przede wszystkim ich nie negować i nie umniejszać ich znaczenia. Dziecko musi czuć, że ma prawo do trudnych emocji, do smutku, frustracji, złości. Jeśli ma jakiś problem i źle się z tym czuje, najgorsze, co można zrobić, to powiedzieć: „Daj spokój, uśmiechnij się, przecież nic się nie stało”. To trochę tak, jakby dziecku, któremu burczy w brzuchu, powiedzieć: „Wcale ci nie burczy, w ogóle nie jesteś głodny”. Załóżmy, że dziecko się boi, np. sprawdzianu, a rodzic mówi: „Nie ma się czego bać”. Niestety od takiej rady strach nie zniknie. Aby poradzić sobie z trudnymi emocjami, dziecko musi dostać od nas informację, że ma prawo czuć wszystko, także strach przed sprawdzianem. Nawet jeśli uważamy, że reaguje nieadekwatnie do sytuacji. Emocje trzeba traktować jako fakt. Niezależnie od tego, jak my je oceniamy, one po prostu są. Jeśli dziecko wciąż dostaje od nas informacje, że emocje, których doświadcza, są złe, niepotrzebne, zbyt silne, to może w którymś momencie dojść do wniosku: „Coś jest ze mną nie tak”. A to już prosta droga do niskiego poczucia własnej wartości.

A jeśli dziecko pod wpływem emocji zrobi coś, na co po prostu musimy zareagować, np. kogoś uderzy?

Przemysław Staroń: Emocje i czyny to dwie różne rzeczy. W psychologii to działa tak: między bodźcem a reakcją na ten bodziec jest przestrzeń wyboru. Załóżmy, że ziewam. To jest fakt, sygnał płynący z mojego organizmu, na który nie mam wpływu. Ale mogę np. zasłonić wtedy usta. I to już jest czyn. Z emocjami jest dokładnie tak samo. Jeśli dziecko czuje złość, to ją czuje. To jest tylko bodziec. Ale już to, że pod wpływem tej wściekłości zrobi komuś krzywdę, to jest konkretny czyn, reakcja. Zawsze powtarzam rodzicom: z emocjami nie ma sensu dyskutować, ale z uczynkami już tak! Rodzice nie mają obowiązku aprobować takich czynów. Muszą wyrazić sprzeciw. Jeśli jednak nauczymy się akceptować emocje naszych dzieci, to być może do takich czynów po prostu nie będzie dochodzić. Posłużę się przykładem: mój partner był ostatnio z naszym pieskiem u weterynarza. To zwierzak o wysokiej wrażliwości, bardzo łatwo się ekscytuje, silnie reaguje na bodźce. Miał robione usg. Pani, która wykonywała badanie, powiedziała: „Widzę, że on jest nerwowy, ma żołądek wrażliwca i intensywną perystaltykę jelit. Ale gdy pan go głaszcze, mówi do niego, to wszystko się uspokaja!”. I właśnie o to chodzi, o uważną obecność przy kimś, kto odczuwa trudne emocje. Na to warto stawiać w relacjach z dziećmi. Po prostu przy nich być.

Przemysław Staroń
Psycholog, Nauczyciel Roku 2018. Autor książek, m.in. najnowszej: „Szkoła bohaterek i bohaterów, czyli jak radzić sobie ze złem”, wyd. Agora 2021