Muzyk, multiinstrumentalista, kompozytor, wokalista. Pan z trąbka i ze skrzypcami (ale nieobcy był mu też fortepian). Odebrał porządne krakowskie wykształcenie muzyczne. W wywiadach często opowiadał jak ojciec pilnował go, by codziennie  ćwiczył gamy, choć mały Zbyszek wolałby kopać piłkę. Grał z największymi – zaczynał w Piwnicy Pod Baranami, potem był zespół Anawa, zespół Ewy Demarczyk. Potem zaczął karierę solowa, nagrał płytę, którą nazwał zwyczajnie: „Zbigniew Wodecki”.  Dwa lata temu nagrał ją ponownie z orkiestrą Mitch&Mitch. Opowiadał, że początkowo nie wiedział kim są ci Mitche. Długo zwlekał z decyzją, ale ostatecznie dał się namówić na koncert dla radiowej Trójki. I przeżył – jak sam mówił – jedną z największych przygód zawodowych. Gdy płyta ujrzała światło dzienne, oszalała cała Polska. Wszyscy chodziliśmy z głowami w chmurach i nuciliśmy „Dziewczynę z konwaliami”, „Posłuchaj mnie spokojnie”  czy „Panny mego dziadka”. A Wodecki ruszył w trasę z Mitchami, grał koncerty  jak Polska długa i szeroka, bawił, rozśmieszał, sypał anegdotami.

Mam pierwszą  płytę artysty. Jako nastolatka słuchałam jej maniakalnie ze względu na wykonawcę, ale też na autorów tekstów. W końcu dla Wodeckiego pisali  sami poeci: Leszek Długosz, Janusz Terakowski, Andrzej Kuryło. Mam też wersję „1976: A Space Odyssey in surround or stereo”.  Pamiętam ten dzień gdy odsłuchiwałam ją po raz pierwszy,  a skończyło się... na pięciu powtórkach! A potem było lato i Wodeckim „katowałam” wszystkich: przyjaciół, sąsiadów. Młodych i starych. A potem był koncert Artysty z  Mitchami w warszawskiej Stodole. Zima ubiegłego roku.  Na widowni ścisk, trudno szpilkę wetknąć. Kolorowy tłum (są wszystkie pokolenia – najstarsi wychowywali się jeszcze na Foggu,  najmłodsi, zaledwie kilkuletni  siedzą na ramionach rodziców). I wszyscy śpiewają razem z Wodeckim: „Ty ze mną obok, ja z tobą, niech szampan strzeli nam na drogę zwyczajne w niezwyczajne znów odmieńmy dni”.

Był jeszcze koncert Wodeckiego w Kuźni Kulturalnej w Wilanowie. Na widowni w większości ludzie starsi, ale sporo młodych, przywiedzionych sukcesem Wodeckiego i Mitchów. I znowu razem śpiewamy jego everygreeny: „Zacznij od Bacha”,  „Chałupy Welcome to”, „Lubię wracać tam, gdzie byłem”.

Zbigniew Wodecki kilkakrotnie gościł na łamach „Claudii”. Zawsze znajdował czas, by opowiedzieć coś zabawnego. Z lekko kpiarskim dystansem do siebie opowiadał o dorastaniu w Krakowie, trasach koncertowych, festiwalach,  jeździe samochodem po całej Polsce, fankach. I  nowej fali sławy, która spadła na Niego po nagraniu ostatniej płyty.

Nasza koleżanka redakcyjna, Agnieszka Rakowska wspomina dzień, gdy ostatni raz rozmawiała z Artystą: - W nocy wrócił z tournee po USA, a następnego dnia po południu był już w drodze na koncert gdzieś w Polsce. Jak zawsze jechał swoim autem. Włączył zestaw głośnomówiący. Rozmawialiśmy o kobietach, temat jak z Koterskiego: Baby są jakieś inne. Żartował, że ma w domu babiniec, ale taki kochany. Przypomniałam mu, że kiedyś śpiewał piękną piosenkę o kobietach: "Dusze kobiet , ciemny las/ W duszach kobiet wieczna gra/ Czarnej kawy mrok/ Zielnik dni/ Dusze kobiet, sploty lnu/ W duszach kobiet zapach bzu/ Skąd ja to wszystko wiem?/Kocham Cię." Był zaskoczony, że ktoś jeszcze tę piosenkę pamięta. Zapytałam, czy może kiedyś ją zaśpiewa? Odpowiedział: Może? Kto to wie...
Zbigniew Wodecki zakręcił nas swoimi piosenkami i będzie nadal  kręcił. Bo jego muzyka jest niezależna od sezonowych mód czy trendów.

Panie Zbyszku, tak jak Pan nas nauczył - każdy dzień zaczynamy od Bacha.