Debiut kryminalny, który tak naprawdę debiutem nie jest, bo jesteś uznaną pisarką powieści obyczajowych. Dlaczego nagle zrobiłaś woltę w kierunku intrygi kryminalnej?

Tyrmand pisał o kryminałach, że ich mistyfikacja polega na tym, że zakładają logikę sterującą zdarzeniami, podczas gdy prawdziwe życie jest pełne luk. I właśnie te luki mnie fascynują – zdarzenia płynące pod prąd żelaznej logiki, wszystko, co się wymyka prostej ocenie – emocje i pobudki bohaterów. To, co doprowadza do zbrodni, jest dla mnie tak samo ważne jak sama zbrodnia – dlatego zaczęłam pisać kryminały.

Zarówno w powieściach obyczajowych, jak i kryminalnych wikłam bohaterów w skomplikowane, ale bardzo prawdopodobne (bądź zaistniałe naprawdę) sytuacje, które im się przytrafiają lub których oni są sprawcami i które rzadko kiedy poddają się prostemu, czarno-białemu osądowi – najczęściej mają wiele odcieni szarości. Przejście od obyczaju do kryminału to zatem zrobienie kolejnego kroku – tym razem skomplikowanie natury ludzkiej i intensywność emocji doprowadzają do zbrodni – nieodwracalnego czynu, w którego wyniku ktoś ginie.

Jest jeszcze jedno podobieństwo – pisząc, chcę, cytując Wierę Jezierską, bohaterkę „Szańca”, „przesunąć świat choć o kilka milimetrów w stronę dobra”. Czy w obyczaju, czy w kryminale, wybieram ważne, poruszające wyobraźnię i emocje czytelników tematy.

Krakowianka i góralka z korzeni, z wyboru mieszkanka Mazowsza, akcję „Szańca” umieściłaś na Mazurach. Co cię tam zaprowadziło?

Życie mnie tam zaprowadziło – bardzo lubię podróżować, a pisząc o podróżowaniu, nie mam na myśli zorganizowanych dalekich wycieczek, a poznawanie (nieodległego nawet) świata w namacalny sposób: studiując historię miejsca, rozmawiając z mieszkańcami, choć trochę zanurzając się w prawdziwym życiu. Tak było i tym razem. Warmia i Mazury to piękne krajoznawczo i naznaczone tragicznymi wydarzeniami ziemie. Wiera Jezierska urodziła się na początku lat dziewięćdziesiątych w Ornecie, małym warmińskim mieście. Najpierw zniszczył je potop szwedzki, potem wojska napoleońskie. Dokonująca się w całym kraju transformacja ustrojowa docierała tu z trudem. Po drugiej wojnie światowej zniknęła nazwa Wormditt, pojawiła się Orneta. Zniknęli też dotychczasowi mieszkańcy, a w ich domach zamieszkali przesiedleńcy, głównie z Wileńszczyzny, Wołynia i Podola, ale też ludność ukraińska i łemkowska przesiedlona w 1947 w ramach akcji „Wisła". Każdy z nich miał swoją historię; sami o sobie mówili: wypędzeni i przypędzeni. Asymilacja układała się źle i nie ograniczyła do tuż powojennych losów; kolejne pokolenia niosły swoje traumy. Takie poplątane ścieżki i skumulowane emocje to była dobra baza do historii kryminalnej.

Równie ciekawy jak zagadka idealnego morderstwa jest realistyczny obraz polskiej prowincji XXI wieku.Pejzaż, jaki odmalowałaś, poraża… Jakbyś tam żyła. Skąd wzięło się tak wnikliwe rozpoznanie tematu?

Odpowiedź taka jak poprzednio – również z życia. Jestem baczną obserwatorką codzienności, a przy tym zdecydowanie bardziej interesuje mnie to, co się dzieje nie w głównym nurcie życia, a na jego peryferiach. Nie poprzestaję na tym, co na powierzchni, staram się dotrzeć głębiej – naprawdę poznać, zrozumieć. Teraz, gdy zdalnie sobie rozmawiamy, jestem w Bieszczadach. Nie wybrałam miejscowości turystycznej, zatrzymałam się w odludnej osadzie. Podczas jednego z długich spacerów zrobiłam zdjęcie bardzo starej, opustoszałej chałupie. Z domu opodal wyszedł mężczyzna i zapytał, co mnie w niej zainteresowało. Odpowiedziałam, że jej historia i losy jej mieszkańców. Po godzinie już je znałam. Tak mnie poruszyły, że pewnie zostaną fabularnie przetworzone w kolejnej książce.

W „Szańcu” zastanawiasz się nad istotą dobra i zła, stawiasz kwestie kardynalne: jak jedno odróżnić od drugiego, co wybrać w sytuacji granicznej: prawdę czy sprawiedliwość? To uniwersalne dylematy, które mogą dotykać każdego z nas. Co było iskrą, która sprawiła, że w twojej głowie powstał pomysł na książkę?

Takie właśnie codzienne rozważania. Wydawać by się mogło, że one są zarezerwowane na specjalne, niezwykłe sytuacje, ale przecież, nawet jeśli w sposób nie zawsze uświadomiony, ludzie często miewają takie refleksje: coś jest formalnie zgodne z prawem, ale podskórnie, w głębi czują, że to wcale nie jest w porządku, nie jest dobre. I na odwrót – chętnie by usprawiedliwili jakiś czyn, a prawo stosuje wobec niego inną ocenę. Te dwa porządki czasami się rozjeżdżają – tak jest i w „Szańcu”. „Czy jest sprawiedliwość? Jest. A czy to jest dobre? Nie”.

Jesteś uzależniona od pisania? Policzyłam, że wydałaś dwanaście powieści w ciągu czterech lat!

Zależy jak na to spojrzeć – jeśli przyjąć, że pisarstwo to hobby, odskocznia od życia, a do tego czynność wymagająca natchnienia i weny, to te dane mogłyby robić wrażenie. Jeśli jednak obrać inną perspektywę – że pisanie to praca: codzienna, wymagająca dyscypliny i świetnej organizacji, to ten wynik nie budzi już żadnego zdziwienia. Kilka godzin przy biurku, dzień po dniu i w efekcie trzy książki rocznie – całkiem adekwatnie.

Żeby pisać, trzeba to oczywiście lubić – w tym zawodzie taka zależność jest silniejsza niż w innych profesjach. Do pisarstwa potrzeba wspomnianego już warsztatu, przydatne są także talent i pasja, a te z kolei sprawiają, że chce się pisać kolejne książki. Trud, jaki towarzyszy tej pracy, jest z dużym naddatkiem rekompensowany przyjemnością, jaką ona daje. No i jeszcze sprawa fabuły, czyli tematów – jak tu nie pisać, jeśli życie wciąż podsuwa nowe pomysły? Rzeczywistość zdecydowanie prześciga fantazję.

Podobno twoim narkotykiem jest chodzenie – ile kilometrów dziennie przedeptujesz? Masz swoje ulubione szlaki, ktoś ci towarzyszy?

„Chodzenie to mój narkotyk”, mówił Konwicki, a ja powtarzam po nim. Nie chodzę dlatego, że to zdrowe, że warto, że to forma sportu – chodzę, bo lubię i muszę. Mam silną wewnętrzną potrzebę – zarówno fizyczną, jak i psychiczną. Dzień bez przedeptanych minimum ośmiu kilometrów wydaje mi się dniem niewykorzystanym, w jakiś sposób zmarnowanym. Odczuwam to ciałem, bo jest od kilku lat przyzwyczajane do takiej aktywności, ale też głową. Konwicki chodzeniem „zabijał zgryzoty”, ja w ten sposób porządkuję myśli. Równy krok, spokojny, regularny wysiłek, bycie tu i teraz – to niezwykle odświeżające i ożywcze. Podczas chodzenia – najczęściej w pojedynkę – mam czas tylko dla siebie. Trasy lubię zmieniać, bo to, co nowe, jest inspirujące i dobrze robi neuronom, a sprawna głowa to w pisarstwie ważna sprawa.

Podczas tych spacerów powstają pomysły na kolejne książki?

O, tak! Jak w szkole perypatetyckiej – Arystoteles i jego uczniowie, rozmawiając i prowadząc dysputy, spacerowali. Zresztą takie zwyczaje miewali inni wykładowcy i ich dyskutanci – wcześniej i później. Nie da się przecenić zalet regularnych spacerów, to gimnastyka dla ciała i ducha. Odświeżona, przewietrzona i dotleniona głowa pracuje lepiej, wydzielające się podczas wysiłku hormony poprawiają humor i działają stymulująco. Chyba wszystkie moje fabuły powstały podczas spacerów. Właśnie dlatego mam ze sobą telefon – nie korzystam z internetu, nie odbieram połączeń, nie słucham niczego. Aparat liczy mi kroki i jest podręcznym notesem, by móc zapisać to, co właśnie mi przyszło do głowy.

A inne twoje „uzależnienia”?

Jestem osobą pozbawioną „tradycyjnych” uzależnień, ale są czynności, którym nie potrafię się oprzeć. Nałogowo czytam – właściwie wszystko: literaturę gatunkową, popularną, tę z „wyższej półki”, fikcję i fakt. Uważam, że granice tego, co czytam, wyznaczają granice mojego świata. Staram się, żeby nie było to wąskie poletko. Oprócz tego jestem uzależniona od chodzenia po górach. Kilka razy w roku wkładam trapery i bladym świtem ruszam na szlak, by przez długie godziny iść przed siebie w obezwładniającym zachwycie nad urodą świata.

Na koniec zdradź sekret, o czym będzie kolejna powieść? Wracasz do fabuły obyczajowej czy teraz zostaniesz na dłużej w krainie zbrodni?

Planuję obyczajowo-kryminalny płodozmian. Pisanie obu typów książek daje mi dużo satysfakcji, poza tym naprzemienność, czyli kontrolowana zmiana dobrze robi inwencji twórczej. Kolejna książka to dalsze losy Wiery Jezierskiej, głównej bohaterki „Szańca”. Tym razem historia będzie przeskakiwać z Warmii na Podhale. Pomysł przyniosło – jakżeby inaczej – życie. Opisana w gazecie zbrodnia sprzed lat – niezwykła, nieoczywista, przez długi czas nieodkryta i wciąż wymykająca się jednoznacznej ocenie.