Opera mydlana

W ich biznesie, jak w operze, role są dokładnie przydzielone. Starsza z sióstr, Ania, odpowiada za receptury mydeł, zamówienia, kontakt z klientami, formalności. Młodsza, Ula, rządzi w pracowni. Dzięki temu w firmie wszystko gra. Ten podział ról nie od razu był oczywisty. Gdy coś poszło nie tak, zdarzały się kłótnie o to, która zawiniła, krzyki, łzy. Na szczęście udało się im tak podzielić zadania, żeby nie wchodzić sobie w drogę. Dziś w swojej firmie, – Ministerstwie Dobrego Mydła – obydwie są ministrami. Szefują, ale też wymyślają, wyliczają, mieszają i wyrabiają.

Robią mydło.

Prawdziwe, bez syntetycznych detergentów, wyrabiane ręcznie, pięknie pachnące i... apetyczne: kawowe, czekoladowo-miętowe, marchewkowe. W ciągu dwóch lat działania ich biznesu do mydeł dołączyły półkule kąpielowe, pilingi, oleje i musy do ciała. Pracownia mieści się w ich rodzinnym mieście, Kamieniu Pomorskim. Zarządza nią Ula. Jest dokładna, poukładana, lubi mieć wszystko pod kontrolą. Panuje nad produkcją i wysyłaniem produktów do klientów. Ania zaś to niespokojny duch – ma sto pomysłów na minutę, szuka inspiracji, nowych rozwiązań. Bywa, że po jej wizycie pracownia wygląda jak po przejściu tornada, za to wzbogaca się o jakieś mydlane cudo. To Ania wymyśla nowe receptury i to w jej głowie pojawił się pomysł Ministerstwa.

mydło-handmade
Zdjęcie: Ministerstwo Dobrego Mydła

Zaczęło się od pudełka po mleku.

I od rozczarowania. Anna była wtedy w liceum i jak każda nastolatka lubiła buszować w drogeriach. Przemawiały do niej zwłaszcza kosmetyki naturalne, eko. Nie były tanie, więc na te, które sobie upatrzyła, musiała sporo oszczędzać. A gdy już je kupiła i przestudiowała skład, okazało się, że są marketingową ściemą: naturalne składniki to nie baza, a jedynie maleńki dodatek. – Zrobiłam wtedy eksperyment, swoje pierwsze mydło z oliwy z oliwek i wodorotlenku sodu. Za formę służył karton po mleku – wspomina Anna. Udało się wybornie, do dziś pamięta moment, gdy wyjmowała z formy pierwszą mydlaną sztabkę. Później były następne próby, udane bardziej lub mniej. Zgłębiała temat,szukała informacji w sieci, książkach, zapisywała się na kursy mydlarskie. Pasja ją pochłonęła i zakiełkowała myśl: może te mydła sprzedawać?

mydło
Zdjęcie: Ministerstwo Dobrego Mydła

– Kuzyn prawnik pokazał mi ustawę o kosmetykach z listą wymogów dotyczących produkcji i ochłonęłam – śmieje się dziewczyna. Wtedy w Polsce nikt nie miał pojęcia, jak za taką działalność się zabrać. Pomysł upadłby całkiem, gdyby Anna przy okazji mydlarskich warsztatów w Londynie nie poznała procedur, które obowiązują w UE. I gdyby nie dotacja na start z Urzędu Marszałkowskiego w Szczecinie. – Udało się nam ją zdobyć tylko dlatego, że Ula zgodziła się wejść w spółkę ze mną – przyznaje Anna. Ona nie mogła uczestniczyć w kursach, a to był jeden z warunków otrzymania pieniędzy. Dziewczyny dostały 40 tys. zł. I dużo, i mało. Rodzice użyczyli im mieszkanie, w którym mogły urządzić pracownie, ale by dostać niezbędne zezwolenia, musiały zrobić tam generalny remont. Za resztę pieniędzy kupiły najpotrzebniejsze urządzenia i na koncie zostało 200 zł. A gdzie surowce, opakowania? – Trzeba było zrobić kilka mydeł, szybko je sprzedać, by mieć pieniądze na realizację kolejnych zamówień – wspominają.

Zawsze testują na sobie

Dziś ich biznes się kręci, nie ma przestojów. Ania każdy poranek zaczyna od obsługi zamówień, przychodzi ich kilkadziesiąt dziennie. Ula otwiera pracownie, z trzyosobowym zespołem zabiera się za produkcję, potem pakowanie, wysyłka. Ale nie zawsze szło jak po maśle. Dobrze pamiętają potknięcia i błędy. – Na przykład dzień, który przepłakałam, siedząc na 100-litrowej beczce oleju śliwkowego – Ania dziś sobie z tego żartuje, ale wtedy nie było jej do śmiechu. Olej nie pachniał tak, jak wcześniej zamówiona próbka. – A przecież klienci kupują nasze mydła także dla zapachu. W tej beczce utopiłyśmy kilka tysięcy złotych, ale najgorsze było to, że nie miałyśmy surowca, a zamówienia czekały – tłumaczy.

olej-malinowy
Olejek malinowy, Zdjęcie: Ministerstwo Dobrego Mydła
półkule-kąpielowe
Półkule kąpielowe, Zdjęcie: Ministerstwo Dobrego Mydła

Wszystkie produkty Ministerstwa są przebadane mikrobiologicznie, maja komplet dokumentów, które potwierdzają zgodność receptur z prawem. – To nie tylko zestaw papierków, ale gwarancja bezpieczeństwa dla klientów – tłumaczy Urszula. Dziewczyny nie chcą sprzedawać tego, czego same nie są w 100 procentach pewne. Ani tego, czego same nie chciałyby używać. Gdy ktoś je pyta, który produkt lubią najbardziej, zgodnie odpowiadają: „Wszystkie!”. Bo wszystkie swoje produkty testują na sobie i najbliższych. Do upadłego, do momentu, aż są pewne, że za miesiąc, rok, półtora mydła będą tak samo dobre, jak w dniu, kiedy trafiły do rąk klientów.

ministerstwo-dobrego-mydła
Ania i Ula, założycielki Ministerstwa Dobrego Mydła
Zdjęcie: Ministerstwo Dobrego Mydła